ZNAKI OSTRZEGAWCZE 2: GDY BABY SĄ GŁUPIE

18 stycznia 2015

DWOJE WARIATÓW I DZIECKO

22 stycznia 2015

3 DNI, 6 TAKSÓWEK

20 stycznia 2015

Spójrzmy prawdzie w oczy: najczęściej z usług taksówek korzystamy wracając nocą z krain chmielem płynących, toteż jest nam trochę wszystko jedno, z kim jedziemy, byle było ciepło i świat wreszcie przestał tak wkurzająco wirować, bo puścimy pawia na tapicerkę i będzie przypał. Kiedy jednak mamy przyjemność wsiąść do taksówki na trzeźwo, uderza nas ogrom doznań. Okazuje się bowiem, że samochodem kieruje nie automat z GPSem, a żywy człowiek. I to nie zwykły człowiek – TAKSÓWKARZ.

Samochód w naprawie, a świat wzywa. Co robić? Trzeba wezwać taksówkę. Trudno, jestem blogerką – stać mnie. W ciągu trzech dni miałam więc możliwość doświadczyć prawdziwej magii: sześciu przejażdżek z sześcioma różnymi typami kierowców. To się nie wydarzyło przez przypadek: wszechświat chciał, żebym to opisała…

Dzień 1

Bankier


– Proszę skręcić w prawo, tak będzie szybciej – mówię, widząc, że taksówkarz wrzucił kierunkowskaz w lewo i prawdopodobnie chce jechać do centrum przez Moskwę.
– O tej porze? Nie sądzę – odpowiada, ale szybko zmienia kierunkowskaz. Czyli muszę go pilnować – myślę, choć nie chcę zakładać złej woli. Może wcale nie chce mnie naciągać. Może faktycznie są korki. Niestety, już dwa skrzyżowania dalej, typ usiłuje wpakować nas w okrężną drogę.
– Najlepiej będzie, jeśli pojedziemy pod wiaduktem – mówię przepraszającym tonem.
– Jak tam pani chce – oburza się i rzuca mi wrogie spojrzenie.

Taksówkarz typu Bankier to klasyka gatunku. Facet zrobi wszystko, żebyś zapłacił jak najwięcej. Potrafi wyłudzać pieniądze na dwadzieścia siedem różnych sposobów. Jest podstępny i fałszywy, jeśli tylko wyczuje, że nie znasz zbyt dobrze miasta, zabierze cię na wycieczkę krajoznawczą i zabawi przesympatyczną rozmową. Jeśli jesteś nieasertywny, poproś, żeby zatrzymał się przy bankomacie, bo na pewno braknie ci kasy. Jeśli się spieszysz, lepiej wysiądź i idź pieszo – będzie szybciej.

– To będzie czternaście złotych – mówi, gdy dojeżdżamy na miejsce. Podaję mu dwadzieścia złotych. Na jego twarz nagle wpełza chytry uśmieszek. – A ja nie będę miał pani wydać, obawiam się, niestety, no cóż… Dziękuję… – mówi, wyciągając rękę.
– O, znalazłam drobne! – wykrzykuję najsłodziej, jak potrafię.

Komik

– Widziała to pani? Tego samobójcę, co na trzeciego wyprzedzał? Nic dziwnego, skoro ma blachy z Sosnowca! – mówi z szerokim uśmiechem i patrzy na mnie wyczekująco w lusterku wstecznym.
– Nie widziałam – odpowiadam zgodnie z prawdą.
– Mam nadzieję, że pani nie z Sosnowca, czy coś! Taki żarcik tylko! Ja jestem dobry chłopak bez uprzedzeń! Wie pani, jestem tolerancyjny, ale uważam, że asfalt powinien leżeć na ulicy! – dodaje, wyraźnie zadowolony z siebie. Nie wiem, w jaki sposób przeszedł od Sosnowca do rasistowskiego żartu, ale wolę nie dopytywać. – Nie no, znowu żarcik. Nie mam nic do czarnych, każdy powinien mieć własnego!

Komik to nieszkodliwy, lecz upierdliwy typ taksówkarza. Jego życiowym celem jest wywołać uśmiech na twojej twarzy. W tym celu, z naturalnością aktora z „Trudnych spraw” recytuje wszystkie dowcipy, jakie zna. Jazda z nim to pułapka: jeśli się nie uśmiechniesz, będzie próbował różnych gatunków i tematów; jeśli się uśmiechniesz, poczuje się zachęcony, żeby kontynuować swój performance. Nic nie jest w stanie go zrazić, twoją obojętność wytłumaczy sobie wszystkim, tylko nie własną sztrazburgerowością.

Na przykład tak:
– Niech się pani trochę rozchmurzy, taka ładna dziewczyna, a taka smutna!

 

Dzień 2

Latino Lover


– A to dokąd pani jedzie z braciszkiem? Hehe? No bo przecież to chyba nie synek, nie? Hehe? – zagaja pan taksówkarz. Na oko w moim wieku, relatywnie przystojny, dobrze ubrany – słowem, robiłby całkiem niezłe wrażenie, gdyby tego nie spierniczył tak tępą zagajką.
– A jednak… – odpowiadam, wymuszając uśmiech.
– Taka młoda i ładna i ma synka? Hehe! – dodaje, śledząc ruch moich dłoni, usiłujących wygrać w nierównej walce z fotelikiem.
– A to ładne kobiety nie mają dzieci? – pytam, powalona jego żelazną logiką.
– O, w dodatku inteligentna! Ale ma synuś szczęście! Taka mamusia mu się trafiła! I mąż też szczęściarz! Hehe! Docenia, co ma w domu? – drąży, a na mnie spływa nagłe olśnienie: typ próbuje rozkminić, czy mam na palcu obrączkę.
– Docenia – ucinam więc i podaję mu adres.

Taksówkarz typu Latino Lover to prawdziwy skarb. Kobieta może być smutna, zła, bez makijażu, na kacu lub pobrudzona sosem z kebaba, a on i tak sprawi, że poczuje się pożądana jak Ambi Pur w oborze. Gorzej, jeśli klientka akurat nie potrzebuje poprawy humoru, a… taksówki. 

– A to może ja tu na panią poczekam? – pyta mnie Latino Lover, gdy płacę mu za kurs.
– To potrwa – odpowiadam, choć to nie prawda.
– No, to mam nadzieję, że jak pani wszystko załatwi, to znów pani na mnie trafi! – żegna mnie radośnie. Nie chcę mu mówić, że znając moje szczęście, to bardzo prawdopodobne.

Zawałowiec

– Rozkopio wszystko w tym mieście, debile, codziennie coś dowalajo do pieca i DOMYŚL SIĘ CZŁOWIEKU, GDZIE OD DZIŚ JEST JEDNOKIERUNKOWA! Już dziś miałem taką sytuację, że jechałem trasą, co jeszcze wczoraj była git-majonez, a dziś ślepa uliczka! Rozumie to pani? Paranoja! Jak bym ich dorwał, to bym rozstrzelał wszystkich! Ciekawe, gdzie prezydent miasta mieszka! Pewnie gdzieś za miastem willę wybudował i w dupie ma, jak ludzie na co dzień się męczo!


Taksówkarz – Zawałowiec to miejski szeryf. Jego życie upływa na tropieniu wszelkich absurdów i drogowych przewinień. Nie przepuści żadnemu brawurowemu kierowcy ani dziurze na drodze. Jego furia osiąga takie poziomy, że po pierwszej minucie w jego aucie zapinasz pasy, po drugiej zaczynasz się go bać, a po trzeciej – zastanawiać, czy dojedziecie na miejsce. Nie bierz jednak do siebie jego szału – tu naprawdę nie chodzi o ciebie.

– Ile płacę? – pytam nieśmiało, gdy podjeżdżamy pod dom. Nie licząc podania adresu na początku kursu, to pierwsze słowa, jakie wypowiadam do pana Zawałowca.
– Siedemnaście złotych – odpowiada z nagłą słodyczą w głosie. – Dziękuję. Miłego dnia, dziecko! – mówi, żegnając mnie promiennym uśmiechem. 

Dzień 3

Patriota


– Ja to już dawno synkowi mówiłem, że ma się uczyć języków i uciekać, nie pracować w tym złodziejskim kraju. Przecież tu nas golą na każdym kroku! Mądry jest chłopak i siedzi w Anglii od 2007 roku. Żonę ma, synów trzech. Wie pani, jakie tam synowa dodatki na rodzinę dostaje? Tak to można rodzinę zakładać! Ma pani rodzinę?
– Mam – odpowiadam.
– No i jak tu pani się żyje? Nie myślała pani, żeby emigrować? Przecież pani widzi, co się dzieje! Wie pani, jak patrzę na te siedziby ZUSu, jak słucham o tych wycieczkach do Madrytu, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Ile te darmozjady zarabiają? Fortunę! I to wszystko z naszych podatków! No, niestety! Co pani zrobi? Nic pani nie zrobi! Trzeba emigrować!

Patriota to prawdziwy kolekcjoner słabych punktów ojczyzny. Im więcej, tym lepiej. Codziennie wieczorem ogląda wszystkie programy informacyjne po kolei, żeby wyłapać najbardziej soczyste kąski i z chorą satysfakcją powtarzać je następnego dnia klientom. Uwielbia narzekać na swój kraj. Wie, że rząd poluje na jego podatki, więc robi wszystko, żeby płacić ich jak najmniej. Już po paru spędzonych z nim minutach, ogarnia cię poczucie beznadziei i chcesz się zabić.

– Ile płacę? – pytam struta, wyciągając portfel.
– Trzynaście złotych. Przynajmniej taksówki mamy tanie w tym chorym kraju!

Ewald Drzyzga

– A ja to osiemnaście lat na tirach jeździłem, wie pani? – zaczyna, gdy zapinam pas. Mam złe przeczucia.
– O. To długo – odpowiadam, starając się nie brzmieć na zaciekawioną. Niestety, kierowca drapie się po świeżo wygolonej nad uchem szachownicy i przechodzi do rzeczy.
– Nooo, powiem pani, długo, długo! Lubiłem to, nie powiem, pieniądz dobry, ale jak to tak żyć? Przegapiłem same najważniejsze rzeczy w życiu dzieciaka, wie pani? Że pierwsze kroki, jak do szkoły szedł to też, bo wie pani, trasa jest, trza jechać, nie? – zasypuje mnie pytaniami.
– No tak – odpowiadam, nie tracąc nadziei, że to już koniec.
– Aż się żonie znudziło takie życie i mnie zrobiła w ciula, myślała, że się nie wyda, a to się zawsze wyda, nie? Takie życie, nie ja pierwszy i nie ostatni! – wyglądam przez okno i z zaskoczeniem stwierdzam, że jeszcze nie zdążyliśmy wyjechać z mojej dzielnicy, a ja już wiem o nim więcej, niż o samej sobie. Czyli jednak: jadę z typowym Ewaldem. 

Taksówkarz typu Ewald Drzyzga ma mnóstwo pasjonujących historii i nie zawaha się ich użyć, aby umilić podróż swojemu klientowi. Chętnie dzieli się opowieściami o nieudanych związkach, przebytym zabiegu usunięcia stulejki oraz ojcu-alkoholiku. Jest w tym wszystkim zaskakująco pogodny i optymistyczny. Miło mu będzie, jeśli go wysłuchasz, ale nawet nie zauważy, jeśli cały kurs spędzisz pisząc milcząco smsy.

– Nie, dla pani tylko piętnaście! – wykrzykuje taksówkarz, gdy podaje mu dwie dychy za kurs. – Rzadko można z kimś tak fajnie pogadać!


Słyszałam, że istnieje jeszcze jeden, siódmy typ taksówkarza. Ten najlepszy, upragniony przez każdego strudzonego życiem pasażera. Wyczekany jak przecena w Zarze. Cenny jak notatki koleżanki podczas sesji. Wielbiony jak Tomasz Niecik w „Dzień Dobry TVN”. Ten typ to milczek. Niestety, jeszcze nie miałam przyjemności z nim jechać.