50 TWARZY ABSURDU

15 lutego 2015

CO MIAŁA NA MYŚLI MARILYN MONROE?

22 lutego 2015

SUKCES NOSI ROZMIAR S

19 lutego 2015
50 twarzy absurdu
Co miała na myśli Marilyn Monroe- (1)
sukces nosi rozmiar S - fabjulus

Zagadka dzieciństwa rozwiązana: wreszcie zrozumiałam sens wielkiego hitu Natalii Kukulskiej „Im więcej ciebie tym mniej”! Otóż mój syn rośnie w oczach, wysysając ze mnie hektolitry pokarmu, a im jego jest więcej, tym mnie jest mniej. Skutkiem tego, już 6 tygodni po porodzie wróciłam do wagi i objętości sprzed ciąży, a aktualnie jestem szczuplejsza niż kiedykolwiek. Czad? Czad.

Nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę, dopóki ostatnio mój on, ujrzawszy jak podtrzymuję spadające dżinsy wstając z kanapy, nie postanowił zainterweniować.

– To już nie jest zabawne. Za dużo schudłaś – powiedział z dezaprobatą.

– Nieprawda. Jeszcze troszkę mi zostało… – odparłam skromnie, podciągając spodnie i przybierając uśmiech Giocondy.

– Nie. Już wystarczy. Wyglądasz na chorą i zmęczoną – dodał stanowczo.

– Ojej, naprawdę? – rozpromieniłam się. – Dziękuję!

Popatrzył na mnie jak na kretynkę, a ja wskoczyłam na wagę i oniemiałam z radości. Liczby nie kłamią: jestem oficjalnie szczupła. Może nie mam się w co ubrać, ale przecież ja nigdy nie mam się w co ubrać.

Spójrzmy prawdzie w oczy: bycie pulpetem nie jest spoko. Chyba że ktoś szuka pomysłu na strój na Halloween. Wtedy pulpet jak najbardziej da radę. Zwłaszcza, jeśli idziesz na bal do IKEI. Ale to tylko na jedną noc, tak na życie, nie znam kobiety, która zmartwiłaby się, że schudła. Wiem, że istnieją takie egzemplarze, ale to raczej kolekcjonerska edycja limitowana, cała reszta pochodzi z serii „muszę zrzucić pięć kilo”. Każda zawsze musi. Zawsze pięć. Serio. Nie wiem, jak to działa, ale każdej kobiecie wydaje się, że właśnie magiczna piątka dzieli ją od wymarzonego optimum. Nic w tym dziwnego – dziewczyny mojego pokolenia od dzieciństwa bombardowane są komunikatami, że im są drobniejsze, tym lepiej dla nich.

Myślałam, że ten szał mnie nie dotyczy, bo z domu wyniosłam raczej samoakceptację niż kompleksy, a na te wszystkie motywacyjne teksty typu „Chcesz wyglądać dobrze w bikini czy dojeść pizzę?” moja odpowiedź była zawsze jedna:

 

Pan dostawca przyniósł radość… #jezujakazamieć

A photo posted by Julia Oleś (@fabjulus) on

 

Że niczym nie różnię się od reszty świata olśniło mnie dopiero, gdy odkryłam, że nie ma takiego komentarza, dotyczącego utraty wagi, który by mnie zmartwił. Pragnienie szczupłości jest impregnowane na argumenty logiczne, praktyczne czy estetyczne. Znam co najmniej dziesięć niewiast, które mają taki typ urody, że zdecydowanie atrakcyjniej wyglądają z poświątecznym nadbagażem niż bez, a ilekroć chudną, jednocześnie drastycznie brzydną. Tak zwany syndrom „albo dupa, albo twarz”. Czy przekonuje je argument, że szczupłość im nie służy? Jasne, że nie. Jesteśmy kobietami i wybieramy dupę, bo żyjemy w kulcie szczupłości. Z tego powodu zawsze gratulujemy komuś utraty wagi, a z dezaprobatą komentujemy ilość jego podbródków, kiedy zapasie się jak kot w magazynie Mlekovity.

I tak, wiem, że to niepoprawne politycznie, ale czy mam zacząć udawać, że nie podoba mi się szczupła sylwetka? Nie ma co zaklinać rzeczywistości: podoba mi się! I tobie też się podoba. Na nogach typu „łania” lepiej leżą dżinsy, przy płaskim brzuchu można założyć t-shirt ze zdjęciem ferrari, nie czyniąc z niego multipli, w samolocie płaci się za jeden bilet, a nie trzy, a do pracy można jechać autem, a nie wywrotką.

Tylko że to wszystko okazuje się być nieważne, w starciu z atrybutem, który bolesnym kopniakiem strąca z podium szczupłość, rozmiar biustu, a nawet (baczność!) dołeczki na plecach (spocznij). Jest nią królowa seksapilu, szefowa departamentu ciachowości, kierowniczka działu kalorii: Jej Wysokość Samoakceptacja. Zapodałam ją sobie kiedyś i gorąco polecam. To się opyla, serio! Na obwód bioder można nie mieć wpływu (bo rozstaw kości albo promocja Oreo), ale na to, z jakim nastawieniem targa się je przez życie – owszem. Z tego też powodu postanowiłam kiedyś kochać mój zad, bez względu na to, ile hektarów chwilowo będą zajmowały moje spodnie. Trzeba o siebie dbać, ale nie ma się co spinać. Mimo, że zajmuje więcej przestrzeni, na zawieszenie Jennifer Lopez też jest miejsce na tym świecie. A jeśli moje się zmieściło, twoje też tu upchniemy.

Choć, nie powiem, fajnie jest wchodzić w dżinsy w rozmiarze S. Z tego powodu chyba będę karmić dziedzica piersią do trzydziestki. Jego, nie własnej. Nie mam innego wyjścia – odkryłam to, rozmawiając kiedyś z koleżanką przy kawie i ciastku.

Ciastkach.

No dobra, nie piłyśmy kawy.

– Nie byłabym dobrą anorektyczką – powiedziałam, plując na nią okruchami ciasteczka.

– Ja też nie. Nie potrafiłabym nie jeść. Przecież jedzenie jest takie cudowne! – rozmarzyła się, pakując do ust kolejne ciastko, mimo, że jeszcze nie przełknęła poprzedniego.

– Ewentualnie bulimia – dodałam po namyśle.

– To jest to, gdzie się żre i rzyga? – spytała żując.

– Dokładnie. Masz napady głodu i jesz kompulsywnie wszystko, co masz pod ręką, a potem masz wyrzuty sumienia i to zwracasz. I jesz, i jesz, i jesz, i rzygasz, i rzygasz, i rzygasz. Trochę oblecha – stwierdziłam.

– Chyba to mam – powiedziała z powagą. – Tylko że bez rzygania.

 

fot. https://www.flickr.com/photos/tinymeme/2405052765