TBT 2: WYKRES, FOCH I PIŻAMA

2 kwietnia 2015

7 FILARÓW POLSKIEJ RODZINY

7 kwietnia 2015

NIE DZWOŃ POD 112

4 kwietnia 2015
TBT 2 - FABJULUS
7 filarów polskiej rodziny - fabjulus
telefony pod 112 fabjulus

Dowiedziałam się wczoraj, że aż 80% połączeń z numerem alarmowym 112 stanowią nieuzasadnione zgłoszenia. Pod 112 dzwonimy żeby zamówić taksówkę, sprawdzić rozkład jazdy tramwajów, pogadać z dyspozytorem o pogodzie lub zapytać o streszczenie ostatniego odcinka „M jak Miłość”. Fałszywe telefony nasilają się zwłaszcza w okresie świątecznym, dlatego Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji poprosiło o rozwagę i zapowiedziało wzmożoną walkę z telefonicznymi żartownisiami w nadchodzących dniach. I bardzo dobrze, zawsze uważałam, że ludzie, których śmieszą żarty o lodówce, która chodzi, powinni zgnić w więzieniu. Przy okazji tego artykułu, przypomniałam sobie jednak o moich doświadczeniach z połączeniami alarmowymi. Poza jednym, magicznym wieczorem, pod 112 dzwoniłam trzy razy w życiu. To oczywiście nie mogły być normalne telefony.

Lany poniedziałek

Byłam młoda i głupia, więc jeździłam na wykłady, które były w poniedziałek o ósmej rano. Po zakończonej randce z historią myśli ekonomicznej albo inną ekonomią historii myślicielskiej, podreptałam sobie w moich nowych miodowych czółenkach z Zary na przystanek autobusowy. Biorąc pod uwagę fakt, że było pół do dziesiątej w poniedziałek, nawet nie zdziwiło mnie to, że na przystanku poza mną stała tylko jedna osoba. To znaczy – niezupełnie stała, choć bardzo chciała. Walczącym z grawitacją śmiałkiem był czerwony rycerz ortalionu, katowicki ambasador tanich win i drogich pomyłek: Pan Młody Żul.

Pan Młody Żul trzymał się kurczowo wiaty swą prawicą, w wolnej ręce trzymając butelkę, z której ochoczo pociągał łyk za łykiem. Nieco zaskoczyło mnie, gdy na butelce odczytałam nazwę napoju: był to bowiem rozpuszczalnik nitro firmy DOREX. Bujał się więc Pan Młody Żul, umilając sobie oczekiwanie na swojego Mercedesa konsumpcją rozpuszczalnika, aż nagle podniósł na mnie swe zamglone oczy, a następnie ruszył w moim kierunku. Zanim zdążyłam zorientować się, co się dzieje, Pan Młody Żul opróżnił na mnie zawartość swojej butelki, po czym chwycił za pudełko zapałek i z werwą młodego Clinta Eastwooda wyjął jedną z nich. Okazało się jednak, że jego wzrok został mocno upośledzony przez upodobania spożywcze, bowiem nie trafił zapałką w papier ścierny, co dało mi kilka cennych sekund, żeby wykrzesać z obcasów potencjał sprinterski. Tymczasem Pan Młody Żul rzucił się w pogoń za mną, krzycząc:

– Piękna pani, to potrwa tylko chwilę! – Na szczęście, przechodzący obok młodzieniec zorientował się, co się dzieje, więc podbiegł do Pana Młodego Żula i wypłacił mu z piąchy, zwalając go z nóg, a ja wskoczyłam do pierwszego lepszego autobusu. Jak się później okazało – był to autobus do Sosnowca. Wydobyłam ze śmierdzącej rozpuszczalnikiem torebki telefon i drżącymi dłońmi wykręciłam numer 112. Kiedy osiem minut później wjeżdżałam na teren obcego miasta, nadal oczekując na nawiązanie połączenia po przekierowaniu mnie na policje, postanowiłam się poddać i schowałam telefon, myśląc, że przy odrobinie nieszczęścia, w ciągu osiem minut zdążyłabym już dawno pozostawić po sobie zaledwie kupkę popiołu w ładnych butach. Które zresztą wylądowały w koszu tego samego dnia – okazuje się, że z miodowej skóry nie da się usunąć plam z rozpuszczalnika. Ja natomiast wyciągnęłam z tej historii jedyny słuszny morał: już nigdy nie poszłam na żadne zajęcia w poniedziałek o ósmej rano.

W-łom-anie

Był piątek, godzina 23.00. Wracałam z kina do pustego domu i marzyłam o chwili, kiedy schowam się pod kołdrą. Kiedy jednak zatrzymałam się na podjeździe, towarzyszyło mi trudne do opisania uczucie niepokoju, jak wtedy, gdy Hanka Mostowiak dojeżdżała do kartonów. Z tego powodu, nie wjechałam autem do garażu, ani nie zamknęłam za sobą bramy – po prostu szybko podreptałam do domu i zamknęłam za sobą drzwi. Jakieś dwie sekundy później, ktoś nacisnął klamkę.

Zamarłam. Pewnie intruz miał nadzieję, że nie zdążyłam przekręcić klucza w zamku. Pobiegłam do kuchni, gdzie zgarnęłam największe ostrze, jakie miałam (a był to różowy, ceramiczny nóż), chwyciłam kota, nie do końca wiedząc, czy chcę go ochronić, czy użyć jego zaczepno-obronnych pazurów do ocalenia swego dobytku, a następnie pobiegłam na piętro, gdzie przez okno ujrzałam, jak lichej postury Typ W Kapturze czule muska moje drzwi wejściowe łomem. Chwyciłam telefon i zadzwoniłam pod 112. Jedenaście minut później, zniechęcony antywłamaniowymi drzwiami, Typ W Kapturze pokierował się ze swoim stalowym towarzyszem w stronę okna, a ja nadal czekałam, aż ktoś zechce odebrać zgłoszenie. Bo tak, znów zostałam przekierowana na policję. Po szesnastu minutach, moje modły zostały wysłuchane.

– Dzień dobry, mieszkam w Stumilowym Lesie, właśnie ktoś usiłuje się włamać do mojego domu – wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu.
– Stumilowy Las? A to wy tam nie macie własnej ochrony? – zapytał zmęczony męski głos. Myślałam, że się przesłyszałam.
– Nie, nie mamy. A jakie to ma znaczenie? – odparłam oburzona.
– Myślałem, że macie. Takie ładne osiedle… – powiedział spokojnie.
– Nie mamy – powtórzyłam.
– Dziwne.
– To jak, przyjedzie tu ktoś, czy mam czekać, aż ktoś mnie zgwałci i obrabuje? – zapytałam po kilku sekundach ciszy w słuchawce.
– Ok. Wyślę tam jakiś patrol – powiedział pomocny dyspozytor i odłożył słuchawkę. Kilka minut później, słysząc dyskretnie nadjeżdżający radiowóz na sygnale, Typ W Kapturze porzucił łom na trawie i uciekł do ogródka sąsiadów, a stamtąd teleportował się do swojej krainy występku.

Gdyby nie solidne drzwi i okna, prawdopodobnie nie pisałabym tych słów, bo popijałabym wódeczkę z Marilyn Monroe u aniołków. Albo siedziałabym w więzieniu za zasztyletowanie włamywacza kotem w obronie własnej. Naprawdę, inwestujcie w drzwi i okna!!! W każdym razie, dopóki się stamtąd nie wyprowadziłam, różowy nóż miałam zawsze pod poduszką. Tak na wszelki wypadek.

Rycerz z Knurowa

Czwartek, centrum Katowic, godziny szczytu. Jechałam sobie spokojnie z pracy do domu, kiedy nagle srebrne BMW zaparkowane wzdłuż drogi, ożyło i z impetem wpakowało się w bok mojej granatowej strzały. Zakląwszy tak, jak damie nie przystoi, wyskoczyłam z auta, żeby ujrzeć pochyloną nad ubytkami w karoserii BMW, sprawczynię tej animizacji. Była nią Oburzona Niunia, której twarz miała około trzydziestu lat, ale biust najwyżej dwa. We właściwym sobie stylu, uśmiechnęłam się do niej, uznając, że pewnie jest bardzo zdenerwowana i przyda jej się odrobina otuchy. Grunt, że nikomu nic się nie stało. I kiedy już miałam jej powiedzieć, żeby się nie przejmowała, spiszemy oświadczenie i pojedziemy do domów, Oburzona Niunia podbiegła do mnie i wykrzyknęła:

– Co pani wyprawia?! Kto pani dał prawo jazdy?! – zdębiałam. Spojrzałam na swoje auto, jej auto, jeszcze raz na swoje i znowu na jej. To miał być żart?
– Słucham? – zapytałam zaskoczona.
– No, jak pani jeździ?! Niech pani patrzy: tu jest dużo aut, można się spodziewać, że ktoś będzie wyjeżdżał, nie? – wytłumaczyła mi logicznie.
– Przecież to pani włączyła się do ruchu, nie używając kierunkowskazu i nie patrząc na jezdnię! – odpowiedziałam, nadal mając nadzieję, że nie mówiła poważnie.
– Dzwonimy na policję! – wykrzyknęła bojowo, machając burzą czarnych loków. – Jeszcze zobaczymy! – dodała złowieszczo, a ja zaczęłam się śmiać.
– Niech pani dzwoni – zachęciłam ją. Byłam głodna i spieszyłam się do domu, ale nie mogłam doczekać się wyrazu jej twarzy, kiedy policjant przypomni jej podstawy kodeksu ruchu drogowego.
– Tylko… – zawahała się nagle. A więc jednak, olśniło ją! – wyładował mi się telefon, może pani zadzwonić sama? – dokończyła nieśmiało. Niewyobrażalne. Bez słowa poszłam po telefon i wybrałam swój ulubiony numer alarmowy. Jakież było moje zaskoczenie, gdy niemal natychmiast w słuchawce usłyszałam przyjemny, damski głos.

– Dzień dobry, w Katowicach na ulicy Szkolnej doszło do stłuczki, proszę przysłać tu radiowóz – powiedziałam spokojnie.
– Czy komuś coś się stało? – zapytała miła pani.
– Nie, to nic poważnego – odparłam.
– Chwila, już panią przełączam – powiedziała miła pani i już po chwili usłyszałam zupełnie inny głos.
– Komenda Główna Policji Katowice, młodszy aspirant Kłopot – przedstawił się rozmówca.
– Eee… Dzień dobry. W Katowicach na ulicy Szkolnej doszło do stłuczki i potrzebuję tu pomocy policji – powtórzyłam.
– A to nie do mnie z tym! – oburzył się młodszy aspirant Kłopot. – Już panią łączę – dodał, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
– Straż Miejska Knurów, słucham – usłyszałam w słuchawce. Straż Miejska. Knurów. Jakim, kurde, cudem?
– Dzień dobry. W Katowicach na ulicy Szkolnej miałam stłuczkę… – zaczęłam zdezorientowana.
– I dlatego dzwoni pani do Straży Miejskiej w Knurowie? – zapytał mój rozmówca.
– Nie, zadzwoniłam pod 112 i mnie do pana przełączyli – wytłumaczyłam.
– Co za debile. Typowe. Pani nie dzwoni pod 112, to się zawsze tak kończy, pani dzwoni pod 997 – powiedział, po czym odłożył słuchawkę, zanim zdążyłam zareagować.

Dlatego właśnie przychylam się do postulatów Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji: gdy przy świątecznym stole zakrztusicie się żurkiem, zapragniecie pizzy lub po wódeczce uznacie, że macie chęć poinformować kogoś, że wygrał w audiotele, nie dzwońcie pod 112. Ten numer naprawdę nie do tego służy. Wykręćcie po prostu 997.