TBT 7: KWIATY, CIERPIENIE I COUNTRY

7 maja 2015

POROZMAWIAJMY O TWOIM AWANSIE

12 maja 2015

5 DZIWACZNYCH ZWYCZAJÓW WESELNYCH

10 maja 2015
wesele fabjulus

Znamy już największe absurdy polskiego wesela, ustaliliśmy też, jak wygląda wzorcowa uroczystość prawdziwego patrioty. Okazuje się jednak, że miłośnicy wesela zgodnego z tradycją mają ręce pełne roboty, bowiem ślubny kalendarz zwyczajów weselnych zapełniony jest długo przed godziną zero i wcale nie ogranicza się do obrzędów w dniu ślubu. Poznajcie więc pięć najbardziej zastanawiających zwyczajów, które komplikują życie młodym, pięknym i zakochanym.

Kołacz

Do wesela został już tylko tydzień. Jako że młoda para mało miała jeszcze wydatków, pracy i obowiązków związanych z nadchodzącym świętem miłości, piecze dwieście siedemnaście blach ciasta, po czym składa kanapę w swoim Golfie i upycha zapasy po dach, a następnie udaje się w podróż, której celem jest obdarowanie żywnością wszystkich tych, których nie będzie na weselu. Jako że na liście gości znajduje się sto sześćdziesiąt nazwisk, wydawać by się mogło, że mało kto nie został zaproszony na ślub. Nic bardziej mylnego: już po siedmiu godzinach pukania do drzwi z zakalcem, panna młoda zaczyna obawiać się nie tylko, że dozna odrętwienia mięśni twarzy i na zdjęciach ślubnych będzie wyglądać jak Joker z Batmana, ale przede wszystkim, że braknie jej makowca, zwłaszcza, że zaraz jedzie do rodziców żony swojego brata, a oni lubią wszystko, co z lukrem.

Polterabend

Dzień przed ślubem to dla panny młodej czas pełen wyzwań: odebrała już wujka Kazika z Chicago z lotniska, wyjęła suknię ślubną z pokrowca, żeby tiul się rozprostował, zrobiła sobie maseczkę, przygotowała białe rajstopki, a także pokłóciła się z narzeczonym o brakującą wódkę, więc teraz pozostało jej już tylko usiłować nie obgryzać świeżo zażelowanych paznokci, a także porządnie się wyspać, żeby następnego dnia nie mieć pod oczami worów jak Borys Szyc po weekendzie w Mielnie. Wtedy właśnie z pomocą przychodzą niezapowiedziani goście w postaci rodziny, przyjaciół, sąsiadów, rodziny sąsiadów, przyjaciół rodziny sąsiadów, ekspedientki z pobliskiego mięsnego i polonistki z podstawówki. Wbijają z zapasem szklanek z duraleksu i zdekompletowanych serwisów po babci, po czym zaczynają tłuc je przed domem, robiąc przy tym niewyobrażalny syf i hałas. Panna młoda przywdziewa więc fałszywy uśmiech na twarz i mówiąc, że super, że wpadli, zaczyna to sprzątać, podczas gdy gawiedź zagaja coś o dojmującym głodzie. Cztery worki na śmieci wypełnione szkłem później, gdy dyla już po ciasto, wódkę, kabanosy i plaster na kciuk prawej dłoni, nieszczęsna słyszy za drzwiami tubalny głos szwagra witającego się z resztą towarzystwa i zanim zdąży pomyśleć „tylko nie to”, dobiega ją odgłos dwudziestu talerzy przegrywających nierówną walkę z progiem. Pięć godzin później, wkładając dwie łyżki do zamrażarki, postanawia zapytać, o co właściwie chodzi w tej tradycji. Uzyskuje jednocześnie pięć różnych odpowiedzi, w których przewijają się słowa „szczęście”, „symbol”, „zło”, „przynieś” oraz „ogórki”.

 

Przynieś wódkę.  I jakieś szkło. (1)

Wywodziny

A więc wreszcie nadszedł: wyczekany dzień ślubu. Starannie rozprowadziwszy pastę na butach i żel we włosach, a czasem odwrotnie, pan młody przybywa po wybrankę swojego serca. W drzwiach napotyka reprezentantkę jej rodziny, która wyciąga oto rękę po hajs, informując, że jeśli przybysz nie wykupi cnoty panny młodej, może wracać do białego Volvo kuzyna z Niemiec i jechać tam, skąd przybył. Pan młody, życzliwie nie dzieląc się z obecnymi swoimi doświadczeniami z cnotą ukochanej, uiszcza więc, w zamian za co słyszy fantastyczny wierszyk o tym, że niby spoko, ale to za mało. Udając zaskoczenie, pan młody buli więcej, czemu towarzyszy dezaprobata delegatki, argumentowana kolejnym dwuwierszem. Kontynuując przedstawienie dla nieistniejącej widowni, oboje targują się, wymieniając się twardą walutą i poezją inspirowaną wczesną Alą Janosz, żeby wreszcie dojść do porozumienia i przybić sobie żółwika. Sprzedana za siedem ziko i garść landrynek, uradowana panna młoda wyłania się więc zza pleców czujnej babci, po czym, utrzymując konwencję handlu kurami nioskami na targowisku w Koninie, drepcze radośnie w stronę szczęśliwego nabywcy, powłócząc trenem po panelach – teraz już wie, że jest dla niego dużo warta.

Zastawianie

To oczywiste: nic nie kojarzy się z weselem bardziej, niż przymus, chamstwo i manipulacja, dlatego zaślubiny to prawdziwe żniwa dla całej wsi okolicy. Usiłujący nie spóźnić się pod kościół, państwo młodzi, wyjeżdżając na okoliczne szlaki, zatrzymywani są przez efektowne blokady dróg, jakich nie powstydziłby się nawet wczesny Andrzej Lepper. Skonstruowane z brudnego sznurka i/lub wstążki na patyku, szlabany przecinają trasę ukwieconego pojazdu młodej pary, a pilnują ich tyleż stanowczy, co obcy łowcy okazji. Aby dotrzeć na czas do świątyni, para młoda ma obowiązek opłacić rzeczonych łowców jedyną słuszną walutą, jaką jest wódka, a próby oporu są nie tylko daremne, ale i oburzające. W teorii, w zamian za płynny obiekt pożądania, konstruktorzy szlabanu powinni wręczyć pannie młodej kwiaty. W praktyce, nikt tego nie robi – to przecież taki archaiczny, wiejski zwyczaj.

Morgengeld

Jak powszechnie wiadomo, seks to przykry obowiązek kobiety, służy bowiem do zaspokajania niepohamowanych popędów męża, obcych dystyngowanym damom. Kiedy więc uroczystości weselne dobiegną końca, nieodwołalnie nadchodzi moment, w którym kobieta musi po raz pierwszy poświęcić się i skonsumować swoje małżeństwo. Całe szczęście, że do rana zostało mało czasu, a pan młody wymęczony po długim imprezowaniu, długo nie pociągnie. Po odbębnionym koszmarze współżycia, małżonkowie mogą udać się więc na spoczynek, a rano na męczennicę czekać będzie jedyny powód, dla którego warto było cierpieć: morgengeld. Upragniony dar od męża, który w ten sposób pragnie zrekompensować żonie utracone dziewictwo, nastrój i czas. W ten sposób opłacona małżonka odzyskuje dobry humor, ale i zakoduje sobie na przyszłość, że warto wypełniać swoje obowiązki. Podobno istnieje też jakaś inna nazwa na płacenie za seks, ale chwilowo nie potrafię jej sobie przypomnieć.

Jeśli przychodzą Wam do głowy jakieś inne intrygujące sposoby na podkręcenie ślubnego szaleństwa, dajcie koniecznie znać! Wielki dzień tuż-tuż, nie mogę pozwolić, żeby coś nas ominęło! Ja tymczasem zacznę już wyrabiać ciasto na kołacz: właśnie do mnie dotarło, że znamy naprawdę dużo różnych ludzi.