ZBRODNIA NA TALERZU

4 maja 2015

TBT 7: KWIATY, CIERPIENIE I COUNTRY

7 maja 2015

DLACZEGO WSTYDZISZ SIĘ SWOJEGO IMIENIA?

6 maja 2015

Obie byłyśmy podekscytowane. Ona, zdeklarowana singielka, gardząca miłością, mężczyznami i zobowiązaniami, pojechała na wakacje do Hiszpanii, żeby w ciągu zaledwie dwóch tygodni zakochać się ze wzajemnością w młodszej kopii Enrique Iglesiasa, poznać jego rodzinę, przyjąć jego oświadczyny, namówić go na przeprowadzkę do Polski i kupić sobie z nim wspólnego yorka, którego nazwali Latino Lover, w skrócie Lati. Nie mogłam się doczekać, żeby poznać tego, który roztopił serce królowej lodu. Ona natomiast ewidentnie nie mogła się doczekać, żeby zobaczyć mój wyraz twarzy, kiedy ujrzę pełnię jego enrikowości.

– Tylko wiesz, on ani słowa po polsku – uprzedziła mnie, powitawszy mnie w drzwiach ich nowego lokum – Ja z nim gadam po angielsku.
– Jasne – uśmiechnęłam się i już po chwili stałam jak wryta przed irracjonalnie pięknym skrzyżowaniem modela bielizny Calvina Kleina i aktora wenezuelskiej telenoweli.
– Haj, ajm Dżulja – przedstawiłam się wreszcie, gratulując sobie w duchu, że byłam w stanie cokolwiek powiedzieć.
– Haj, ajm Eduardo – odparł on, mocno akcentując hiszpańskie „r”.

Sej maj nejm

Typowy przypadek: znajomy ze studiów wyjeżdża na jeden semestr na Erasmusa i już tydzień później zmienia zdjęcie profilowe na Facebooku na takie przedstawiające jego dumny profil na tle wieży Eiffela lub innego Big Bena, a jego imię ulega błyskawicznej internacjonalizacji, dzięki czemu zamiast swojskiego Krzysztofa znasz teraz Chrisa, a Katarzyna staje się Kate. Ilekroć poznajemy jakiegokolwiek przybysza z zagranicy, z uśmiechem na twarzy podajemy mu międzynarodowy wariant swojego imienia, obowiązkowo kastrując je ze wszystkiego, co świszczy. Karolina Korwin-Piotrowska, witając się z sobowtórem Ryana Gosslinga w „Mamy cię”, nie była co prawda Karolajną, ale swoje imię wzbogaciła o mięciutkie „r”, które bez rozgrzewki, mogłoby złamać jej język w dwóch miejscach. Z przemieszczeniem.

 

Oglądałam wczoraj wywiad Urszuli Chincz z włoskim architektem, Lucianem Pią. Urszula, władająca perfekcyjnym włoskim, odwiedziła mistrza w Turynie, aby zobaczyć jego imponujące dzieło: dom zatopiony w drzewach. Przedstawiła się, oczywiście, jako „Ursula”. Luciano natomiast pozostał Lucianem. I zapoznał ją ze swoją znajomą – Alessandrą.

Skąd te kompleksy?

Dlaczego czujemy bezustanną potrzebę udawania, że jesteśmy kimś, kim nie jesteśmy? Wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, tłumaczymy swoje imię na język rozmówcy lub przynajmniej na angielski. Nazwisko wymawiamy z akcentem farmera z Kentucky, modląc się, żeby nie zdradzić się ze swoim wschodnim rodowodem, naprowadzając rozmówcę na trop kiełbasy, papieża i Wałęsy. Klasyką gatunku jest już Andrzej Gołota, a raczej Andrew Golara, profeszjonal fajer.

Tymczasem Ivan z Nowosybirska, kupując kawę w Starbucksie w Warszawie, nie staje się Jankiem ani Dżonem. I nie widzi powodu, dla którego miałby się nim stać. W końcu na imię ma Ivan.

Bawią mnie nasze aspirujące gwiazdy, które z Tomków zmieniają się w Thomasy i liczą, że to otworzy przed nimi wrota do sławy, kariery, czystego koksu i melanży u Hefnera. Przecież nikt nie słyszał o Peterze Almodovarze, Anthonym Banderasie ani Bridget Bardot. Świat bez trudu przyswoił sobie ich prawdziwe imiona i nie wymagał w tym celu pomocy wykwalifikowanych tłumaczy. Na naszym podwórku nie jest inaczej: nikt ze Stefano Terrazzino nie robi Stefka, a z Jose Torresa – pana Józka. Tymczasem polski Jasiek, wzorem Julii Roberts w „Pretty Woman”, dla Amerykanina zamienia się w Dżona, dla Niemca – w Johanna, dla Hiszpana staje się Hłanem, a dla Francuza – Żanem. Bo wiecie, Janek fuj. Janek tylko dla mamy.

name

 

Nadszedł chyba czas, aby pozbyć się kompleksu ubogiego krewnego z gorszego kraju. Ostatecznie, Eduardo nie przedstawił mi się jako Edłard, Edward, a nawet Eddie. Tymczasem, sam do końca wieczoru nazywał mnie wyłącznie Dżulją – i to na moje własne życzenie. To był ostatni raz. Skoro nikt ode mnie nie wymaga, żebym wyrzekła się własnego imienia, nie zamierzam robić tego z własnej woli. Już pora, żeby nasze „r” wybrzmiało dumnie w świecie, łamiąc języki z przemieszczeniem. W dwóch miejscach.