9 RZECZY, KTÓRE CZYNIĄ MNIE ŚWIREM

1 czerwca 2015

CO ZNACZĄ DRINKI KOBIET W KLUBACH?

5 czerwca 2015

KONSERWACJA FUTRA

3 czerwca 2015

Ostatnio opowiedziałam Wam o tym, jak zniszczyłam swoje włosy, dziś opowiem o tym, jak je reanimuję. Nie ukrywam – lista jest długa i może wyglądać odstraszająco – ostatecznie doskonale pamiętam, co pomyślałam, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o wszystkich tych zabiegach. Prawda jest jednak taka, że naprawdę warto zadać sobie trochę trudu, bo efekty mówią same za siebie. Kto ciekaw – niech czyta. Postaram się opisać to syntetycznie, ajpromis!

Pranie wstępne

Mycie włosów zaczynam od nałożenia na nie odżywki. I nie, nie robię sobie jaj.

Jak wspominałam w thrillerze, podstawą mojej pielęgnacji jest olejowanie włosów. Otóż okazuje się, że moje włosy najbardziej lubią być olejowane mieszanką olej+odżywka, którą nakładam na wilgotne włosy i zostawiam tam na pięć minut (jeśli się spieszę, dziecko płacze, herbata stygnie, obiad się przypala, a listonosz puka do drzwi) lub pół godziny (kiedy dziecko śpi, herbata jest już wypita, a mnie się nigdzie nie spieszy). Przez długi czas olejowałam się „rosołową” metodą Natalii z BlondHairCare, czyli moczyłam włosy w wodzie z olejem i mlekiem, ale miałam po tym puch jak wczesna Violetta Villas, więc postanowiłam zmienić taktykę.

Oleje są super. Najlepiej sprawdzają się u mnie olej lniany, olej arganowy, oliwka Babydream fur mama (10 ziko w Rossmanie), gorzej oliwa z oliwek i olej kokosowy, ale na bezrossmaniu każdy olej jest lepszy niż żaden. Biorę 1-2 łyżki stołowe tego ustrojstwa i mieszam z odżywką lub maską, najlepiej proteinową. W tej fazie, najchętniej sięgam więc po odżywkę Nivea Long Repair lub maski Bingo Spa z kaszmirem i kolagenem (5 ziko w Tesco) i Kallos z keratyną (12 ziko za litr (!) odżywki w Hebe). Nakładam tę papkę na głowę, robię ślimak z włosów, pakuję na to czepek, na czepku montuję ręcznik, idę w świat.

Pranie zasadnicze

Jednym z największych szoków, jakie przeżyłam poznając świat świadomej pielęgnacji włosów, był fakt, że szampon do włosów ma służyć do mycia włosów.

Tak, wiem, odkrywcze. Ale sprawa nie jest taka prosta, jak mogło by się wydawać.

Otóż dotychczas sięgałam po szampony nadające objętości, regenerujące, odbudowujące, odświeżające kolor, powstrzymujące puszenie, wygrywające w totka i powstrzymujące globalne ocieplenie. Tymczasem, okazuje się, że szampon nie uratuje rozdwojonych końcówek ani nie wyczaruje mi push-upu, niczym stanik Dżołany Krupy. Jeśli sprawia wrażenie, że którąkolwiek z tych rzeczy zrobił, to znaczy, że kłamie, bo tymczasowo zakleił włosy silikonem. Szampon ma umyć włosy i przygotować je na przyjęcie wartości odżywczych z odżywki lub maski. Innymi słowy – jego zadaniem jest nie szkodzić. Z tego powodu, kiedy potrzebuję zwykłego odświeżenia włosów, używam Babydream fur mama za pięć ziko z Rossmana – plącze włosy jak nieszczęście, ale odżywka sobie z tym radzi. Kiedy natomiast muszę je dogłębnie wyprać, bo użyłam lakieru albo przedawkowałam olej, sięgam po Barwę Ziołową za trzy ziko z Tesco – na zmianę używam tatarakowo-chmielowej i rumiankowej. Włosy są czyste, miękkie, pachnące i gotowe do boju.

Zmiękczanie

Po umyciu włosów, przychodzi czas na odżywkę lub maskę. Tutaj używam kosmetyków z emolientami, najczęściej są to odżywki Garnier Ultra Doux z awokado i  Glis Kur Oil Nutritive, a także maski Biovax Intensywnie Regenerująca lub Isana Professional Effektiv – Kur Oil Care (5 ziko w Rossmanie). Podobnie jak w przypadku prania wstępnego, nakładam ją na wilgotne włosy, robię ślimora, którego pakuję do czepka, na to wjeżdża z buta pan ręcznik, a po pięciu lub trzydziestu minutach, spłukuję wszystko chłodną wodą. Przyznam szczerze, że rzadko mam czas, żeby robić z mycia głowy godzinny rytuał, więc bez paniki – pięć wystarcza.

Wirowanie

Spłukane włosy należy wytrzeć. Normalni ludzie używają do tego celu ręcznika. Wariaci preferują t-shirty z bawełny. U mnie najlepiej sprawdzają się czerwona koszulka reklamowa Kit Kata, rozmiar L, a także wielki ręcznik plażowy z napisem „I love Florida”. Polecam.

Zabezpieczanie

Zacznijmy od wcierki. Wcierka jest bardzo ważna, bo przyspiesza wzrost włosów, odżywia je, opóźnia przetłuszczanie i stymuluje porost włosów, które poległy w boju. Najlepiej dogaduję się z Jantarem – typ ewidentnie killim mi moje pociążowe zakola, więc kocham go nad życie. Kiedy już go sobie wmasuję w skórę głowy, przechodzę do zabezpieczenia strefy J (obszaru, który półtora roku temu zjarał mi rozjaśniacz Joanny). Tutaj najlepiej sprawdzają się serum Green Pharmacy, jedwab Marion oraz serum Biovax A+E. Wszystkie trzy bardzo wydajne, ultra skuteczne i pięknie pachną.

Dziś zapodałam Bingo Spa z olejem lnianym, potem umyłam Barwą i na koniec nałożyłam Garniera, a po spłukaniu wjechała Marion i włosy schły same, bo dziś w Kato pykło 30 stopni. Tak więc oto chwila prawdy: tak wyglądają moje włosy na surowo, bez czesania, stylizacji i specjalnej troski. Fabjulus – cała prawda, całą dobę:

http://instagram.com/p/3eV_Pwgj9C/?taken-by=fabjulus

 

Układanie

Zasadniczo, najlepiej by było, żeby włosy schły swobodnie na wietrze, muskane czułymi palcami słońca i letniej bryzy, kołysząc w się w rytm radosnych śpiewów skowronka. W praktyce, groza polskiej zimy często pozostawia mnie bez wyboru: trzeba suszyć. Biorę wtedy swoją śliczną, wielofunkcyjną, turbo wydajną, białą suszarkę, która ma milion wariantów grzania i jonizację, po czym włączam najwolniejszy, najchłodniejszy i najdelikatniejszy program i suszę włosy przy nasadzie, nie zjeżdżając nawet w okolice strefy J. Czeszę to wszystko szczotką z włosiem dzika, a następnie Tangle Teezerem i już wyglądam prawie jak człowiek!

Prasowanie

Nie. Nie prasujemy. Prasowanie włosów to zbrodnia, zwłaszcza starą prostownicą, a że nie mam innej, to tego nie robię. Kiedyś sobie kupię wypasioną machinę prostującą i od czasu do czasu będę grzeszyć. Tymczasem włosy prostuję błagalnymi spojrzeniami, ewentualnie suszę je na szczotce. Podobnie rzecz ma się z lokówką. Moje włosy są naturalnie falowane i właściwie nie mam zbyt wiele do gadania w kwestii ich wyglądu – czasem mam holiłódzkie loki, czasem mam taflę Mongoła, czasem mam gniazdo ślepego bociana. Całe szczęście, na świecie są warkocze i cebule, które sobie z tym radzą!

Utrwalanie

Czasem są takie dni, kiedy jednak nie mogę zdać się na łaskę własnych włosów, poza tym pojawiają się wiatr, deszcz, wesele i inne nieszczęścia. Nie będę kłamać: mam lakier i nie waham się go użyć. Moimi faworytami są Nivea Diamond Gloss i L’Oreal Ellnett. Ale coraz rzadziej po nie sięgam – im dłużej dbam świadomie o swoje włosy, tym lepiej wyglądają bez wspomagania.

Chyba, że robię cebulę. Cebula zawsze wymaga lakieru.

http://instagram.com/p/3WSAfjgj2I/?taken-by=fabjulus

 

A wy po której stronie mocy jesteście? Szampon i odżywka z drogerii, czy czary mary prosto z piekła i działu z olejami w supermarkecie?