GOŚĆ BEZ BUTÓW CHODZI

14 lipca 2015

7 TYPOWYCH GOŚCI WESELNYCH

20 lipca 2015

NA DRUGI KONIEC ŚWIATA

17 lipca 2015
GOŚĆ - fabjulus

– Chcesz moją suszarkę? – zapytała mnie nagle, gdy spokojnie jadłam lody.
– Nie chcę – odpowiedziałam ostrożnie, usiłując nie uronić ani kawałeczka drogocennego Magnuma.
– Dobra suszarka. Pół roku temu ją kupiłam – odparła z miną egipskiego handlarza.
– Wiem, ale mam własną.
– Z jonizacją. I dyfuzorem. Sześć trybów suszenia… – ciągnęła niezrażona.
– Wiem, ale…
– Sześć!
– Dobra, daj! – skapitulowałam.
– Wspaniale! – ucieszyła się, po czym spojrzała na mnie uważnie i z pełną powagą zapytała: – Chcesz moją suszarkę turystyczną?

Przygoda życia

Znając moich rodziców, to teoretycznie było do przewidzenia. Niby zawsze powtarzali, że podoba im się w Stanach, bo ludzie inni, perspektyw jakby więcej, a na ulicach czują się chudzi, ale od entuzjazmu do wyprowadzki na drugi koniec świata wiedzie daleka droga. Tak mi się przynajmniej wydawało. Aż tu nagle, pewnego letniego dnia dowiedziałam się, że wkrótce zostanę osierocona na rzecz hamburgerów z Wendy’s. Idą na całość. Wyprowadzają się. Wyjeżdżają na przygodę życia. Zaczynają wszystko od nowa. W sumie im się nie dziwię.

Gdybym miała opisać moich rodziców jednym słowem, wybrałabym „jaja”. Po pierwsze dlatego, że trzeba mieć ogromne, żeby coś takiego zrobić; po drugie dlatego, że chyba je sobie robią, zostawiając mnie tu samą. Oczywiście nie będę narzekać, bo nie trzeba być geniuszem, żeby skumać, że rodzice w Stanach oznaczają regularne dostawy Butterfingersów i miętowych M&M’sów, ale i tak jestem w żałobie, ponieważ na drugiej szali mam nadzwyczaj nieregularne dostawy pierogów leniwych oraz koniec profesjonalnego serwisu auta. Rozumiecie powagę sytuacji.

Cztery walizki

Po krótkim riserczu, załatwieniu wszelkich formalności i skandalicznej decyzji o wynajmie mojego domu rodzinnego obcym ludziom (doprawdy, nadal nie jestem w stanie tego ogarnąć swoim fabrozumkiem), moi rodzice musieli stawić czoła prawdziwemu wyzwaniu: spakowaniu całego życia do czterech walizek. Nagle okazało się, że większości rzeczy nie warto brać ze sobą, bo nie opłaca się tego wysyłać, poza tym Amerykanie mają nie tylko inne gniazdka i wtyczki, ale przede wszystkim inne napięcie prądu, więc większość naszego sprzętu jest tam bezużyteczna. Po bolesnym rozstaniu ze 150 kilogramami makulatury, połyskującymi dresami z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych oraz imponującą kolekcją kabli, z resztą dobytku poszło już z górki. System jest prosty: graty lecą do mnie, do znajomych, do potrzebujących lub do śmietnika. Nie ma litości.

– Weźmiecie naszą porcelanę, dwie wiertarki, obrusy i karton żarówek? – zapytała mnie dziś przez telefon moja Puma. Zauważyłam zmianę strategii: zaczęła komponować ze sobą poszczególne pozycje z inwentarza tak, żeby opychać mi w zestawach atrakcyjne produkty i zbieracze kurzu.
– A żarówki stare czy nowe? – zapytałam czujnie.
– Nowe. Energooszczędne. Unia poleca – odpowiedziała. Geniusz handlu, mówię Wam.
– Biere. A co w końcu pakujesz ty?
– Ciuchy. Parę książek. Jedno prześcieradło, żeby pachniało domem. I kilka kubków, żeby nie czuć się jak w hotelu – wyliczyła spokojnie, a mnie ścisnęło w dołku.
– O kurka. Nic więcej? – zapytałam zaskoczona.
– Co więcej miałabym wziąć na drugi koniec świata? – odparła. Słuszna uwaga. Przecież nie dwie wiertarki, a już na pewno nie karton żarówek.

8g5ny

Potrzebuję

Odłożyłam słuchawkę i rozejrzałam się po swoim mieszkaniu. Co ja spakowałabym ze sobą, gdybym wyruszała na drugi koniec świata? Prześlizgiwałam się po kolejnych półkach regałów i komodach, zastanawiając się, kiedy tak obrośliśmy w rzeczy? I jak to się stało, że wydaje nam się, że wszystko, co mamy, jest nam potrzebne do przetrwania? Większości tych rzeczy w ogóle nie używamy, części nie używaliśmy nigdy. Mimo to, ciągle jestem przekonana, że nie ma takiej ilości pieniędzy, jakiej nie mogłabym wydać w Ikei, a jeśli nie kupię nowych szpilek, moja dusza obumrze i wypadnie mi przez ucho.

A prawda jest taka, że na drugi koniec świata wzięłabym tylko to, czego naprawdę potrzebuję. Czyli swoich chłopaków. No i Scrabble. Laptopa. Album ze zdjęciami. I ulubiony kubek. A Wy?