JAK ZOSTAĆ DZIENNIKARZEM MAMADU?

5 sierpnia 2015

ŚWIĘTA RACJA

11 sierpnia 2015

7 ABSURDÓW POLSKIEGO WESELA

7 sierpnia 2015

Przygotowania do ślubu to poważna sprawa. Oto zakochana para siada z kartką papieru, kawusią i ciastkami, i notuje, jak wyobraża sobie najważniejszy dzień swojego wspólnego życia. Dwie kłótnie później, podkręceni kofeiną i podwyższonym poziomem cukru we krwi, tryumfalnie dzierżą precyzyjny plan działania i przystępują do fazy realizacji, żeby w połowie drogi odkryć, że wszystko jest całkowicie odwrotnie, niż miało być.

Jak wiecie, jestem absolutną psychofanką wesel i ślubów. Płaczę na każdym ślubie, nawet jeśli nie znam pary młodej i trafiam na niego tylko dlatego, że akurat przechodziłam obok kościoła w drodze do piekarni. Nie ominęłam jeszcze żadnego odcinka”Say yes to the dress”, śledzę Randy’ego na Facebooku, Twitterze i Instagramie, a kiedy zbliża premiera nowej serii, ustawiam sobie przypomnienia w telefonie. Dzięki mojemu niemałemu doświadczeniu w temacie, postanowiłam pobawić się w tropicielkę największych absurdów wesel, na których miałam przyjemność gościć. Poznajcie moich siedmiu faworytów święta miłości.

1. Kreacja

Na co dzień wygląda całkiem normalnie. Można by wręcz rzec, że świetnie. Podąża za najnowszymi trendami, ale ma swój styl i wie, co z nich wybierać. Najlepiej czuje się w szarościach i natualnych tkaninach. Ceni jakość, a nie ilość. Słynie z wyczucia, klasy i doskonałego gustu. A potem nadchodzi dzień jej ślubu. Z pożyczonego od wujka z Niemiec samochodu, obklejonego stroikami, wyglądającymi jak miseczki pełne pasty jajecznej z majonezem i szczypiorkiem, wytacza się ona: panna młoda z Loch Ness. Na jej ciele znajduje się gigantyczna konstrukcja, której biel odbija światło słoneczne sobotniego południa i twoje oszołomienie. Wykonana jednocześnie z tiulu, atłasu, tafty, satyny, fiszbin, organzy, koronki i haftów, na halce z wielkim, metalowym kołem, które służyło niegdyś Leonardowi da Vinci do studiowania proporcji ciała dorosłego mężczyzny. Udrapowana, asymetryczna, zebrana w dwóch miejscach, ozdobiona satynową różą, kokardą i wstążkami. Każdy ruch panny młodej zdradza bolesną walkę z grawitacją, zwycięską tylko dzięki adrenalinie i imadłu gorsetu. Na stopach radośnie połyskują koszmarne, białe buty, które stanowią skrzyżowanie zapinanych w kostce lakierków komunijnych oraz brokatowych platform, prosto od podmiejskiej striptizerki. Nie pytaj jej, jak do tego doszło – ona sama nie wie.

2. Kościół

Znasz państwa młodych, więc wiesz, że przed ślubem mieszkali razem przez trzy lata i słynęli z tego, że co roku, w Wielką Sobotę, organizowali alternatynawną święconkę: imprezę, na której chlało się wódę, aż zwróciło się pizzę z salami. Pasterkę zwykle spędzali w pubie, zakrapiając urodziny Jezusa, tak, jak własne. Zapytani, czy chodzą do kościoła, wybuchają szyderczym śmiechem i pytają, jak mieliby wytrzymać godzinę w pozycji siedzącej, na twardej ławce, dusząc się kadzidłem i słuchając głośnych solówek organisty, skoro zazwyczaj mają wtedy akurat kaca. Nie wpuszczają kolędy – w dupie mają tę czarną mafię i ich wjazd po haracz. Poza tym, ta kreda na drzwiach wygląda nieestetycznie, a oni urządzili mieszkanie w stylu scandi. I oto jesteś na ich ślubie. Odbędzie się on w katedrze, w rodzinnej miejscowości panny młodej, a ślubu udzieli im proboszcz, który słynie z tego, że pięknie śpiewa psalmy. Stojąc przed ceglanym kolosem, jesteś pod wrażeniem jego majestatu i przez chwilę prawie się wzruszasz podniosłą atmosferą, ale z zadumy wyrywa cię pan młody, który przed wejściem do środka, szybko pyta cię, czy pamiętasz, jak leciało „Ojcze nasz”.

3. Lista gości

Panna młoda widziała ją dwa razy: na ślubie kuzynki rok temu oraz na pogrzebie dziadka w dziewięćdziesiątym piątym. Teraz zobaczy trzeci raz: na własnym weselu. Ciocia z Iławy. Na co dzień nie odczuwa braku obecności dalekiej krewnej w swoim życiu, bo po prostu nie łączy jej z nią żadna więź. Nie wie o niej nic, poza tym, że nie wolno jej nie zaprosić, bo się obrazi, a ona bardzo nie chce, żeby się obraziła, bo przecież mogą się kiedyś spotkać na czyimś pogrzebie i przez jakieś trzy minuty będzie drętwo. Poza tym, chodzą plotki, że do koperty wkłada dwa koła. Babcia nie odpuszcza: ciocia z Iławy musi być. I jej córka. Z mężem. I trójką dzieci. Panna młoda patrzy smutno na listę gości i już wie, że będzie musiała zrezygnować z zaproszenia trzech przyjaciółek: na sali nie starczy na nie miejsca.

4. Menu

Wesele potrwa około dwunastu godzin. W tym czasie zdążysz zjeść: rosół, roladę, schabowego, de volaya, kluski z sosem, dwie surówki, rybę, frytki, krem z borowików, mięsną galaretę, dwa jajka faszerowane, bułeczkę, kawałek kiełbasy, po troszę z każdego specjału na desce serów, ale nie za dużo, bo już za chwilę wjedzie barszcz z krokietem, który umili oczekiwania na wielkiego świniaka z petardą w zadzie, który będzie o północy. Potem już tylko zimna płyta, bigos i świeże pieczywo a dla chętnych – golonko, ale bez przymusu, żeby nie przesadzić. Wszystko to przeplatane ośmioma gatunkami ciast, deresem lodowym i przerwą na wielki, czteropiętrowy tort śmietanowy na spirytusie. Cudownie. Całe szczęście, że masz to czym zapić. Do twojej dyspozycji oddano bowiem czterdzieści osiem skrzynek wódki, dziesięć beczek piwa i dwie palety coca-coli. Skutkiem tego, w okolicach oczepin czujesz się jak grupa docelowa każdej reklamy leków, które widujesz na co dzień w telewizji i zastanawiasz się, kto to kupuje. Teraz byś kupił. Wszystko. Chcesz umrzeć.

5. Playlista

Co to w ogóle jest za idiotyczny pomysł, żeby grać jakieś te takie… no… te zagraniczne hity jakieś, skoro tyle jest pięknych, polskich piosenek na świecie, które każdy zna, lubi i potrafi zanucić? Absolutnie, żadnej współczesnej muzyki, ciocia z Iławy nie wie, jak do tego tańczyć, poza tym na sali będzie mnóstwo starszych osób, które chętnie popłyną parostatkiem w piękny rejs. Nie pyskuj, że na sali będzie też mnóstwo młodych ludzi, bo nikogo to nie obchodzi. Niech się dostosują, gówniarze. Młodzi są. Tańczyć się da do wszystkiego! No, poza tą waszą współczesną muzyką. Tragedia jakaś.


Zagraj pan Wodeckiego! (1)

6. Zabawy

Pełna sala dorosłych, elegancko ubranych ludzi. Skomplikowane konstrukcje architektoniczne z włosów, tanio wyglądające drogie makijaże, lakierki na wysoki połysk, idealnie przystrzyżone wąsy, auta prosto z myjni. Właśnie ci ludzie już za chwilę będą zakładać prezerwatywy na banany. Ustami. Pompować balony, metodą pośladek-pompka. Gonić się po sali z drewnianymi łyżkami. Przekładać sobie jajka w nogawkach i ryczeć ze śmiechu, kiedy jajko dojdzie do okolic krocza. Publicznie ściągać spodnie, żeby wygrać konkurs fantów. To wszystko jednak blednie przy abolutnym klasyku każdego wesela, w postaci pociągu zwanego wężem. Rysiek Rynkowski śpiewa, że chciałby mieć włosy, podczas gdy wujek Rysiek podrywa się, aby zostać lokomotywą i rusza majestatycznie przed siebie, drepcząc w rytm piosenki. Dziesięć osób za nim też drepcze, ale już nie w rytm piosenki, bo się nie da, starają się więc dreptać tak, żeby nie podeptać osoby przed sobą i nie paść ofiarą osoby za sobą. Następnych dziesięć osób zwyczajnie biegnie. Są kastę niżej i tutaj troska o obuwie nie ma żadnego sensu, wycierając więc spocone dłonie w kreacje osób z przodu, starają się nadążyć za formacją, nie zwracając kremu z borowików i wódki. Cała reszta walczy o przetrwanie. Z obłędem w oczach, rozwianym włosem, przemieszczającymi się biustami, koszulami i roladami w żołądku, usiłują się nie zabić, bezustannie gubiąc buty, rytm i poczucie godności w szalonym pędzie. Każdy skręt pociągu zwanego wężem, oznacza masowe karambole, podczas których ciotki gubią szpilki i wpadają na stoły, a wujkowie lądują na leżących ciotkach. A stąd już tylko krok do drugiej rundy konkursu pompowania balonów. Ubaw po pachy.

7. Na bogato

W okolicach trzeciego wesela, na którym gościsz, zaczynasz kumać podstawową zasadę udanych zaślubin: na weselu musi być wszystko i musi być tego dużo. Potrawy, trunki, kreacje, kwiaty, makijaże, fryzury i szklane butelki coli nie mogą pozostawiać wątpliwości, że wszystko zorganizowano na bogato. Niestety, zgodnie z maksymą, że tani efekt jest najdroższy, im więcej przaśnej satyny i bitej śmietany, tym drożej. Co więc zrobić, kiedy nie jest się synem króla sedesów, a pragnie się zorganizować wesele na poziomie, takie z kapelą, która godnie odtworzy najlepsze hity Krzysztofa Krawczyka i Boney M? Sprawa jest prosta: cokolwiek. Można sprzedać samochód, popłakać się przed babcią, odłożyć w czasie wymianę linoleum na panele i/lub wziąć kredyt. Nikt nie może pomyśleć, że młodej pary nie stać na porządny melanż. Z tego też powodu, na liście gości bez wahania można zastąpić bliskich znajomych daleką rodziną. Mechanizm działa tak: trzeba zaprosić bogate, dalekie ciotki, żeby przyszły i dały kopertę, dzięki której pokryje się wydatki konieczne, aby zadowolić bogate, dalekie ciotki. Patrząc na polskie wesele, od razu widać, że szlacheckie „zastaw się, a postaw się” nie umarło – żyje i ma się dobrze.

Dajcie znać, jakie klasyki pominęłam w dzisiejszym zestawieniu. Może pomożecie mi skompletować zestaw typowych min, na jakie mogą się wpakować młodzi, zakochani i naiwni. I pamiętajcie: wasze wesele nie jest dla was! Chyba, że chcecie się narazić rodzinie…

 

fot. https://www.flickr.com/photos/46427634@N06/