ZASADY SĄ DLA SŁABYCH

15 sierpnia 2015

SĄSIEDZI

20 sierpnia 2015

KOBIETA MAFII

18 sierpnia 2015

– Co dla ciebie? – zapytałam go, wydając resztę wysokiej brunetce z lanym piwem, choć wiedziałam dokładnie, co usłyszę i mimowolnie się uśmiechnęłam.

– Wódka z Red Bullem. I twój numer telefonu – odparł z czarującym uśmiechem, choć też już wiedział, co odpowiem.

– Mój numer nie jest na sprzedaż – powiedziałam jak zwykle. Powtarzaliśmy ten dialog od miesiąca: co sobotę przychodził do klubu i próbował mnie poderwać, a ja dawałam mu kosza wystarczająco stanowczo, żeby nie uważał, że z nim flirtuję, ale na tyle uprzejmie, żeby nie pozbawiać się napiwków. – Podwójna?

– Więc nie buduj sztucznego dystansu i po prostu mi go daj – odparł, ku memu zaskoczeniu. Widocznie wreszcie skumał, że próby udowodnienia mi, że wszystko jest na sprzedaż, skazane są na niepowodzenie – Podwójna.

Nie umawiam się z klientami – powiedziałam, usiłując zignorować przyglądających się z zainteresowaniem naszej rozmowie klientów przy barze.

– Ok, rozumiem, olej tego drinka – odparł z nagłą powagą. – Na razie – dodał, po czym odwrócił się i zniknął w tłumie, zostawiając mnie osłupiałą z otwartą puszką Red Bulla w dłoni.

Kiedy sześć godzin później wychodziłam z pracy, świt powoli zabielał już nocne niebo. Na chodniku, tuż obok mojego rozpadającego się Hyundaia, stał on, zaróżowiony od mrozu, ze śnieżnym łupieżem na bujnej czuprynie i ramionach.

– Cześć. Naprawdę chciałbym bliżej cię poznać – powiedział, zanim zdążyłam ocknąć się z szoku i zapytać, jak długo tu czekał. – I nie byłem dziś twoim klientem, prawda? – Spojrzałam na niego. Nigdy wcześniej nie widziałam go w całej okazałości, bo jego sylwetka od pasa w dół zawsze przysłonięta była kontuarem, więc dotychczas nie zwróciłam uwagi, jaki był wysoki. Do tego przystojny, zabawny i uroczy. I czekał na mnie na mrozie. O co mi chodziło? Rozpromienił się w uśmiechu kogoś, kto wie, że wygrał. Dałam mu swój numer i pojechałam do domu się wyspać.

Pierwsza randka

Owszem, był ode mnie starszy, ale na oko nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat, a jednak samochód, którym po mnie przyjechał, był nowszy, niż karton mleka w mojej lodówce i czystszy, niż moja rozpacz pod koniec miesiąca. Pewnie myślał, że mi nim zaimponuje, ale jako że nigdy nie znałam się na samochodach, największe wrażenie zrobiło na mnie to, że mimo piętnastostopniowego mrozu, w środku było ciepło jak na Sylwestrze u Eltona Johna.

– Włoskie czy chińskie? – zapytał, ruszając z parkingu pod moim domem.

– Włoskie – odparłam – Zawsze włoskie.

– Mądra dziewczynka – uśmiechnął się. Kiedy weszliśmy do restauracji, w oczach kelnerek rozproszonych po sali dostrzegłam błysk zaskoczenia, a kelner stojący przy drzwiach głośno się z nami przywitał i szybko zaprowadził nas do stolika.

– Znasz ich? – zdziwiłam się.

– Raczej oni znają mnie – uśmiechnął się szeroko. Po tym, jak dostaliśmy butelkę najlepszego wina „od właściciela”, było dla mnie jasne, że zabrał mnie do knajpy swojego kuzyna, żeby zaszpanować na VIPa. Gdybyśmy poszli do klubu, pewnie zapytałby, jaką lubię muzykę, bo zna tu didżeja i może mi załatwić dwie Rihanny i jednego Timbalanda.

– Czym się zajmujesz? – zapytałam wreszcie, gdy niezdrowo zarumieniona kelnerka przyjęła nasze zamówienia, a on parsknął w szklankę wody.

– A, takie tam… – odparł, szukając serwetki, żeby wytrzeć potop na stole.

– Nie odpowiesz mi? – zapytałam, rozbawiona jego zaskoczeniem.

– Wiem, o co ci chodzi – powiedział z szerokim uśmiechem. Nie wiedziałam, jak mu powiedzieć, że ja z kolei nie miałam pojęcia, o co chodzi jemu. – Obiecuję, że potem o tym pogadamy, ale daj mi się rozkręcić. Wiem, że nie wyglądam, ale jestem nieśmiały i nie lubię mówić o sobie – dodał. Nic z tego nie zrozumiałam, ale postanowiłam nie drążyć. Zresztą, nie było nawet kiedy, bo okazał się być świetnym rozmówcą, oczytanym, wykształconym i bardzo inteligentnym. Dwie godziny później, wiedziałam już, że jestem na randce, która byłaby idealna, gdyby nie regularnie przerywająca nam kelnerka, pytająca, czy wszystko gra i siedzący dwa stoliki dalej facet, bezustannie gapiący się na mojego towarzysza znad talerza parujących gnocchi.

Druga randka

Miałam wrażenie, że samochód, którego drzwi właśnie przede mną otworzył, nie był tym samym, którym przyjechał po mnie dwa dni wcześniej. Zanim jednak zdążyłam głębiej się nad tym zastanowić, moją uwagę przykuł fakt, że otwiera przede mną nie przednie, a tylne drzwi, a na siedzeniu kierowcy siedzi łysy andżej typu „misiek”. Odkleiłam pytający wzrok od jego tatuażu na czaszce i przeniosłam go na swojego towarzysza.

– Pomyślałem, że dziś też chętnie napiję się wina, więc załatwiłem nam kierowcę – powiedział spokojnie, a ja zmarszczyłam czoło i w milczeniu wsiadłam do samochodu. To się zaczynało robić dziwne.

Choć tym razem pojechaliśmy do innej knajpy, naszemu wejściu do niej znów towarzyszyło przejęcie obsługi i błyskawiczna eskorta do stolika na uboczu. Łysy misiek siadł natomiast przy wejściu i samotnie pił kawę. Mogłabym przysiąc, że gdy siadał, przez chwilę widziałam kaburę, ale postanowiłam nie wkręcać sobie jakiejś chorej obsesji. Kiedy jednak podczas składania zamówienia, kątem oka dostrzegłam wlepione w nas dwie pary oczu na drugim końcu sali, umykające, ilekroć odwróciłam się w ich kierunku, postanowiłam nie czekać, aż VIP z kierowcą łaskawie się „rozkręci”.

– Tamci faceci na nas patrzą – powiedziałam cicho.

– Niech patrzą – odparł, nie przestając wertować menu. – To się czasem zdarza.

– Znasz ich? – zapytałam z niepokojem. Dopiero teraz w oczy rzuciły mi się tatuaże wychodzące spod mankietów jego koszuli. Czy na jego szyi dostrzegłam bliznę? Nie, na pewno mi się wydawało.

– W tym mieście dużo osób mnie… kojarzy – powiedział tajemniczo. Przed oczami stanęła mi Michelle Pfeiffer w „Człowieku z blizną” i krew odpłynęła mi z twarzy. Nie chciałam być jak Michelle Pfeiffer w „Człowieku z blizną”. Mężczyźni z drugiego końca sali powoli wstali od swojego stolika i zaczęli iść w naszym kierunku.

– Dlaczego? – zapytałam, usiłując zapanować nad głosem, choć i tak zapiałam jak młody brojler.

– Wiesz… To właśnie lubię w tobie najbardziej… – powiedział on, odklejając się wreszcie od karty dań i patrząc na mnie z zachwytem.

– Oni tu idą! – szepnęłam przerażona.

…po prostu traktujesz mnie normalnie… – dodał, nawet nie patrząc w ich kierunku. – Jakbyś nie wiedziała, kim jestem…

– Dzień dobry – zagrzmiał bas za moimi plecami, a ja pisnęłam. Matko boska, porachunki gangsterskie w czwartek o osiemnastej w Katowicach. W sycylijskiej knajpie – jakie to symboliczne! Zerknęłam kontrolnie na miśka przy drzwiach, modląc się, żeby w jego kaburze była broń, a nie nowy ajfon. – Przepraszamy, że przeszkadzamy w kolacji, ale nie mogliśmy się powstrzymać… – kontynuował groźny głos. – Mamy wszystkie twoje płyty. Serio. Oryginalne. Można prosić o autograf króla polskiego rapu?