KOBIETA MAFII

18 sierpnia 2015

JAK GRAĆ W LOTTO?

24 sierpnia 2015

SĄSIEDZI

20 sierpnia 2015
lotto fabjulus

– Dzień dobry. Nazywam się Andżej Kowalski i jestem pani nowym sąsiadem – powiedział Sztywny Andżej, gdy zaspana otwarłam mu drzwi, ubrana w swoją ulubioną piżamkę w zebry.
– Dzień dobry. A z której strony? – zapytałam z zaskakującą jak na mój stan rezolutnością. Nasze lokum na poddaszu czteropiętrowego bloku miało bowiem pewną bezcenną zaletę: mieszkania po lewej, prawej i poniżej nas nie były przez nikogo zamieszkane. Kupione kiedyś przez kogoś w charakterze inwestycji, nigdy nie zostały nawet wykończone, w związku z czym stały sobie puste i smutne, łaskawie izolując nas od reszty sąsiadów i milcząco biorąc na klatę wszelkie hałasy, jakie zdarzało nam się generować. Sytuacja więcej niż wymarzona dla dwojga bezdzietnych ludzi, z zamiłowaniem do głośnej muzyki, bujnego życia towarzyskiego i częstego dekompletowania zastawy z powodu nieuleczalnej przypadłości, zdiagnozowanej przez naszego lekarza rodzinnego jako Maślanus Łapus.
– Nooo, tu – skonsternowany Andżej wskazał mieszkanie po prawej. Niedobrze, pomyślałam. To większe. Znaczy się będzie remont.
– Aha. Wobec tego witam w budynku – powiedziałam, usiłując wykrzesać z siebie całą grację, na jaką było mnie stać w tym stroju i z gniazdem na głowie.
– Dziękuję. Chciałem tylko uprzedzić, że robimy remont i od godziny ósmej do piętnastej może być głośno… – dodał zgodnie z moimi przewidywaniami.
– Jasne, rozumiemy. Sami niedawno skończyliśmy generalny remont – odparłam. – Poza tym i tak w tych godzinach oboje jesteśmy w pracy.
– Świetnie. Miłego dnia – pożegnał się ze mną bez cienia uśmiechu Sztywny Andżej. Dzień później dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

– Dzień dobry – przywitał się Sztywny Andżej.
– Dzień dobry – odparłam, usiłując go nie obrzygać podczas składania warg do uśmiechu. Tego dnia po raz pierwszy w życiu korzystałam z dobrodziejstwa zwanego „urlopem na żądanie”, po tym, jak po przebudzeniu usiadłam na łóżku i tym brawurowym zagraniem uaktywniłam program, o którym co prawda wiedziałam, że jest zainstalowany, ale jeszcze nigdy go nie odpalałam: były to Mdłości Typu Uogień.
– Czy ma pani może klucze do składzika na półpiętrze? – zapytał on.
– Nie mam – rzekłam, rozglądając się za miską.
– Aha. To do widzenia – pożegnał się Sztywny Andżej. Wróciłam do łóżka. Dwie minuty później, tuż za ścianą naszej sypialni uruchomiono wiertarkę. Wyłączono ją o piętnastej.

sasiad

– Dzień dobry – powiedział Sztywny Andżej, z niespotykanym dla siebie entuzjazmem, od stóp do głów opakowany w nieskazitelny garnitur. Znaczy się wpadł na szybką kontrolę podczas przerwy na lunch.
– Dzień dobry – przywitałam się z miną zawodowego grabarza. Było południe, co oznaczało, że już od czterech godzin słuchałam odgłosów remontu przeprowadzonego z użyciem dwóch wiertarek, wkrętarki, piły tarczowej, piły kątowej i młotka, a także czegoś, co brzmiało jak skrzyżowanie młota pneumatycznego i wkurzonego słonia. Jedno było pewne: Sztywnego Andżeja było stać na liczną ekipę remontową.
– Czy możemy przesunąć ten wózek na kilka godzin? Panowie będą wnosili kilka sporych rzeczy… – zagaił Sztywny Andżej. Jakich, kurde, sporych rzeczy?! Co jeszcze, po dziewięciu miesiącach, dało się tam wnieść?!
– Jasne. Jak pan widzi, nie będzie mi dziś potrzebny – odparłam, poklepując się po gigantycznym brzuchu.
– Aha. To dobrze. To do widzenia – odparł on i wszedł do windy. Wróciłam do filmu i swoich wielkich słuchawek.

Była sobota, godzina siódma dziesięć rano, gdy wraz z onym i trzymiesięcznym Dziedzicem odsypialiśmy trudy nocy nieprzespanej z powodu problemów jelitowych jednego z nas, zwanych pospolicie kolką, co ma pewien sens, bo przecież kola też jest gazowana. Wtem, za ścianą usłyszałam agresywny ryk młoto-słonia, ewidentnie usiłującego rozerwać ścianę dzielącą łazienkę Sztywnego Andżeja od naszej sypialni, dzięki czemu przerażony Dziedzic uruchomił swój kontrhałas, po raz pierwszy skutecznie zakłócając odgłosy zza ściany. Z mocą, której dotychczas nie zaznałam, moje macierzyńskie hormony zerwały mnie z łóżka, po czym żywiołowo staranowały drzwi do sąsiadów po prawej.
– Do jasnej cholery! – przywitały się uprzejmie. – Przez ostatni rok znosiłam cierpliwie wszystko, co się tutaj dzieje, licząc, że im mniej będę się czepiać, tym szybciej skończycie ten przeklęty remont! Ale, kurde, W SOBOTĘ? O siódmej rano?! Serio?!- zaczęły drzeć się moje hormony. – Co tu można tak długo robić?! W ciągu roku zdążylibyście wybudować nowy dom od podstaw, i to taki z basenem, sauną i miejscem dla kucyka!!!
– Obudziliśmy dziecko? – zapytał wystraszony Andżej-Robotnik, otoczony przez czterech nie mniej przerażonych Andżejów w ogrodniczkach pobrudzonych gipsem.
– Tak! Obudziliście dziecko! – darłam się dalej. – I mnie! I mojego męża! Który jest po nocce! – skłamały podwójnie moje hormony, bo ani mój on nie był moim mężem, ani nie był po nocce. Nieważne. Po roku zasługiwałam na odrobinę dramatyzmu.
– To przepraszamy – szepnął Andżej-Robotnik, a ja odwróciłam się i wyszłam, trzaskając drzwiami. Dopiero gdy po chwili opadła mi adrenalina, dotarło do mnie, że w mieszkaniu, w którym przed chwilą byłam, zastałam stan surowy.

neighbours

– Widziałaś? Wnoszą meble – obwieścił mój on tydzień temu, wracając ze spaceru z Dziedzicem.
– Widziałam. To koniec! Koniec tego koszmaru! – ucieszyłam się.
– To był najdłuższy remont świata – dodał on.
Półtora roku łomotu – odparłam. – Nie mogę uwierzyć, że to trwało tak długo.
– Na szczęście już po wszystkim. Wreszcie odrobina spokoju – uśmiechnął się, całując mnie w czoło, a ja z westchnieniem ulgi nabrałam łyk herbaty.

Dwa dni później, Sztywny Andżej wprowadził się do swojego nowego mieszkania.

Wraz z żoną.

I dwoma głośnymi psami.

 

fot. flickr / Massimilliano Calamelli