ZA KRÓTKI ŁAŃCUCH

28 września 2015

GRÓB, POŃCZOSZKI, KSIĄDZ TWARDOWSKI

3 października 2015

MUSIMY SIĘ SPIKNĄĆ

1 października 2015

– Cześć! – powitała mnie entuzjastycznie, gdy przekopywałam stertę idealnie ułożonych dżinsów, w poszukiwaniu swojego rozmiaru.

– Halinka? – zdziwiłam się. – Cześć, myślałam, że jesteś w Anglii!

– Przyjechałam na dwa tygodnie do rodziców – odparła ona. – Pięknie wyglądasz! Prawie cię nie poznałam!

– Dzięki – odparłam, zastanawiając się, czy to był bardziej komplement, czy jednak obelga dla mojej stylówki z liceum. – Co u ciebie?

– Nic nowego, nadal pracuję w tej samej korpo-otchłani, mieszkam z tym samym facetem w tym samym miejscu… – przewróciła oczami. – Za to u ciebie szaleństwo, nie? Dziecko, mąż, blog…

– Faktycznie, to był zakręcony rok… – odparłam, po czym spojrzałam na zegarek. Miałam piętnaście minut, żeby znaleźć coś, co nie będzie ze mnie spadać, kupić gdzieś makaron i wrócić do domu. – Słuchaj, trochę się spieszę…

– Tak, ja też, ale fajnie było cię zobaczyć! – uśmiechnęła się Halinka, cmokając mnie w policzek na pożegnanie.

– Ciebie również! – odparłam, po czym usłyszałam, jak z moich własnych ust padają słowa, których wcale nie chciałam powiedzieć: – Musimy się spiknąć!

Szczepionka na milczenie

Zawsze lubiłam Halinkę, ale nigdy nie łączyła nas głęboka przyjaźń. W liceum każda z nas miała swoją ekipę do obalania tanich win pod lasem, poza tym chodziły plotki, że jej przyjaciółka całowała się na imprezie z chłopakiem mojej przyjaciółki, więc w ramach solidarności, musiałyśmy trzymać bezpieczny dystans. Po maturze widziałyśmy się tylko raz, na spotkaniu klasowym trzy lata temu, a odkąd pozwoliła mi skserować ściągę z fizyki w trzeciej klasie, nie miałyśmy ze sobą absolutnie nic wspólnego. I choć miło było na nią wpaść i na chwilę przenieść się znowu na długą przerwę w dwa tysiące siódmym, żadna z nas nie miała wątpliwości, czy to przypadkowe spotkanie zaowocuje odświeżeniem naszej znajomości. Mimo to, zdezorientowana przez zaskoczenie, porę kaszki i przecenę w Zarze, odwaliłam klasyczną Fab i wyrzuciłam z siebie typowy klocek konwersacyjny, a niesmak po nim pozostał we mnie do pory obiadowej.

zdzwonimy się

Kiedy pożegnałam się już z Halinką i pofrunęłam do przymierzalni z jedynymi spodniami, które nie wyglądały jak ukradzione tajskiej prostytutce bez bioder, nie mogłam pozbyć się dojmującego poczucia autożenady, wywołanego własnym fałszem. Znowu to zrobiłam. Za każdym razem, kiedy rozmawiałam z kimś, przy kim nie czułam się w pełni swobodnie, czułam na sobie odpowiedzialność za podtrzymanie rozmowy, dobre samopoczucie rozmówcy i przyjemną atmosferę. Jeśli w rozmowie uczestniczyły trzy osoby, w tym jakiś bonusowy andżej, który miał zły humor, focha albo był upośledzony społecznie i nie ogarniał small talku, usiłowałam nadrobić komunikatywnością za jego gburus totalus, skutkiem czego wiłam się i pociłam niczym żongler z biegunką, a po skończonej rozmowie opadałam bez sił, a pot lał się ze mnie jak u typa z reklamy Medispirantu. Spojrzałam na swoje zniesmaczone oblicze w lustrze, zastanawiając się, czy na to też jest jakiś żel.

Temat zastępczy

Sytuacja była chora: prędzej opowiedziałabym o bolesnej miesiączce, stanie konta i nieistniejącym romansie z dowolnie wybranym polskim politykiem, niż pozwoliłam, żeby zapadła niezręczna cisza. Jasne, nic tak nie ukrywało, że nie miałam z kimś o czym gadać, jak deklaracja, że koniecznie musimy spotkać się na spacer, póki jest jeszcze wiosna i jest tak przyjemnie/jest lato i grzeje/jest jesień i jest pięknie/jest zima i można iść na sanki. Poza tym, nieuprzejmie przecież byłoby powiedzieć „idź już, człowieku, bardziej niż ty, interesują mnie powiadomienia na Instagramie” – a tak, nie tylko kulturalnie podtrzymywałam rozmowę, ale i zgrabnie sygnalizowałam, że pora się pożegnać. Nie, nie dlatego, że nie miałam czasu, tylko dlatego, że zaledwie dwie minuty tej kwadratowej rozmowy o niczym dzieliły mnie od odwodnienia, a rano nie wstałabym z łóżka przez zakwasy mózgu.

Tymczasem, z zaskoczeniem odkryłam, że alternatywą dla skrajnego wyczerpania okazały się być dla mnie wrzody z wewnętrznego fuj. Zapinając więc rozporek w szarych dżinsach, postanowiłam raz na zawsze skończyć z presją uprzejmości, a gdy kontrolowałam stan pośladków w gigantycznym lustrze, w którym wyglądałam podejrzanie dobrze, wiedziałam już, że nigdy więcej nie użyję tego idiotycznego sformułowania. Pora zrzucić z siebie ciężar moderacji rozmowy! Od dziś na pożegnanie mówię „pa”! – postanowiłam. A potem poszłam do kasy. Miałam siedem minut, żeby kupić gdzieś makaron.

friends

– Andżej? – zdziwiłam się, mijając kolegę z dawnej pracy na gdańskim dworcu.

– Julia? – wykrzyknął nie mniej zaskoczony on. – Cześć, co robisz w Gdańsku?

– Wracam z konferencji – odparłam zgodnie z prawdą. – A ty?

– Jadę do dziewczyny – powiedział Andżej.

– Aha – rzekłam elokwentnie ja. Wiedziałam już, że nie ma absolutnie niczego, o co mogłabym chcieć go zapytać ani niczego, czym mogłabym chcieć się z nim podzielić. Żołądek skręcił mi się w dobrze znanym skurczu, zwiastując niezręczną ciszę i nerwowe poprawianie włosów.

– Który peron? – zapytał nagle.

– Pierwszy – wyrzuciłam z siebie, zastanawiając się, dlaczego przedłuża tę agonię.

– A ja czwarty – rzekł wtedy on. Wiedziałam, że to koniec. Zacisnęłam pięści, wzięłam głęboki wdech i przycisnęłam język do podniebienia, żeby stłamsić wyrywające się z głębi „musimy się spiknąć”, ale czułam, że katastrofa jest nieunikniona jak dokładka rosołku na obiedzie u babci. Wtem, na twarz Andżeja wypełzł uśmiech tryumfu, a jego oko błysnęło jak moje czoło po aerobiku. – Cóż, spieszę się na pociąg, ale jesteś na Facebooku, prawda? – zapytał. – Bo wiesz, fajnie by było się spiknąć!

 

fot. Robert S. Donovan