W INTERNECIE TO NIE ZDRADA

23 października 2015

URODZINOWA IMPREZA FAB

28 października 2015

SZTUKA CZEKANIA

26 października 2015

– Hehe, zepsuty pociąg, klasyka! – zaśmiał się. – Typowe PKP, nie? Niezła lipa. Kiedy masz następny? – zapytał. Spojrzałam na swoje odbicie w zamykających się przeszklonych drzwiach dworca. Garsonka i top z dekoltem być może pomogły podczas negocjacji z klientem, ale o pierwszej w nocy nie wpływały dodatnio na moje poczucie bezpieczeństwa. Mimo powietrza wciąż rozgrzanego lipcowym upałem, robiło się już chłodno i żałowałam, że nie miałam ze sobą żadnego swetra. I jeszcze ten cholerny Macbook. Wisząc bezczelnie na moim ramieniu w charakterystycznej torbie, wręcz krzyczał „patrzcie na mnie! Jestem drogi!”. Gdyby ktoś zechciał mnie teraz go pozbawić, nawet nie mogłabym mu uciec – bo niby jak, na dziesięciocentymetrowych szpilkach?

– I właśnie tu się zaczyna prawdziwa lipa: o czwartej trzydzieści – odparłam gorzko.

– Serio? O kurde… – rzekł Andżej z przejęciem.

– Dokładnie – przyznałam mu rację.

– A autobusy? – zapytał on.

– Ostatni odjechał cztery godziny temu. Najbliższy jest o siódmej rano – powiedziałam, poprawiając sobie dekolt, żeby wyglądał na choć odrobinę mniejszy.

No, to sobie poczekasz, hehe. Patrz, a mogło by się wydawać, że między Krakowem a Katowicami ciągle będzie coś kursować, nie? Przecież to tylko czterdzieści minut autostradą! – zauważył słusznie on. – Mirek cię pozdrawia. Hehe.

– Mirek u ciebie jest? – zdziwiłam się.

– No. Walczymy ze złem w Gotham City – rzekł, pełen dumy.

– Aha. Pijecie? – zapytałam niewinnie niczym Mick Jagger na badaniu alkomatem. To by mogło tłumaczyć jego nadzwyczaj małe zainteresowanie własną dziewczyną, stojącą samotnie na dworcu w innym mieście.

– Znasz Mirka… – parsknął. Znałam Mirka. – Właśnie kończy czteropak, hehe. Ale ja nie piję, wiadomo, rano trzeba jechać do pracy! – zauważył. Wiadomo.

– Aha. Muszę lecieć. Mam dwa procent baterii – rzuciłam więc smutno.

– Spoko. Baw się dobrze i nie narozrabiaj! – ucieszył się Andżej. Nie zdążyłam odpowiedzieć. Telefon padł.

Hi! (2)

– Dzień dobry. Przepraszam, czy mogłaby pani podładować mi odrobinę telefon? Na dworcu przegoniła mnie ochrona… – wyjęczałam błagalnie do Pani Od Obwarzanków, pilnującej dzielnie wózka pełnego szamy obok wejścia na peron. Rozwiązywała krzyżówkę, oświetlana przez maleńką lampkę biurkową.

– Jasne, dawaj pani te kable! – uśmiechnęła się radośnie Pani Od Obwarzanków, po czym bez wahania wypięła z prądu swoje radio, przerywając przejętemu Gabrielowi Fleszarowi w pół zdania jego meteorologiczne wyznanie miłości, a następnie podpięła ajfona do prądu. – Pani, co pani robisz w środku nocy na dworcu? – chciała wiedzieć.

– Wracałam z delegacji, ale pociąg się zepsuł. Muszę tu czekać do wpół do piątej – odparłam, kucając obok niej.

– Ooo, pani, nie zazdroszczę! Dokąd to? – zapytała, chowając krzyżówki.

– Do Katowic.

– I nie mógł mąż przyjechać?! Toż to bliziutko! – oburzyła się.

– Nie mam męża. A chłopak jest teraz zajęty… – powiedziałam, wymuszając uśmiech z wdziękiem Jokera. Pani Od Obwarzanków zmierzyła mnie wzrokiem z dezaprobatą.

– Czym zajęty?! Pogoniłabym! – odparła bez wahania. – Pani, co to ma być? Szkoda czasu na takiego. Też kiedyś byłam głupia, wie pani? Miałam takiego Cześka. Boże, szykowny on był jak młody Łapicki… Pierwszy mężczyzna, z jakim tańczyłam! Miałam siedemnaście lat, na potańcówce we wsi wziął mnie w obroty. Rumieniłam się potem przez tydzień!

– I co?

– I on mnie chciał, ale mama radziła, żebym poszła za Mietka, bo jego rodzice mieli duże gospodarstwo – mówiła, częstując mnie obwarzankiem z przeszklonego wózka. – Serce się buntowało, ale się posłuchałam, tylko przed samym ślubem powiedziałam Cześkowi, że za niego bym wolała iść i żeby na mnie czekał, bo kto wie, co się wydarzy. I on mi powiedział, że będzie czekał. Płakałam dwie noce. Ale jak zaszłam w ciążę, to on wyjechał do Paryża. Do Paryża! A to były lata siedemdziesiąte, pani, to było coś!

– Uciekł?

– Uciekł, patrzeć na to wszystko nie mógł. A Mietek pił i bił, panny miał na boku, kanalia straszna… Czesiek przyjeżdżał co roku na Święta z powrotem na wieś, do matki. I co roku przystojniejszy, ubranie lepsze, paczki większe, a co się po pasterce spotkaliśmy pogadać, to mówił, że mam brać dzieciaka i z nim uciekać, bo on się wszystkim zajmie – mówiła, nerwowo odrywając palcami wielkie kawały obwarzanka. Przyjrzałam jej się z uwagą. Była po pięćdziesiątce i choć brakowało jej szlifu, jaki dają dobre kosmetyki i zdolny fryzjer, była bardzo atrakcyjną kobietą. Jako dwudziestolatka musiała być prawdziwą pięknością. – I tak rok w rok, pani, a ja co roku mu odmawiałam, a co roku na jego widok mi serce biło szybciej!

– A mąż?

– A mąż pił, bił i zdradzał, potem się zestarzał, to już tylko pił… – urwała, żeby napić się kawy z termosu. – Pani, trzydzieści pięć lat to trwało!

– I co roku przyjeżdżał? – zdziwiłam się.

– I co roku zachęcał! – odparła ona. – I nigdy się nie ożenił! A ja coraz starsza, syn wyszedł z domu, a on mnie ciągle chciał!

– Niewiarygodne! – mruknęłam z uznaniem.

Aż ci nagle Mietek zszedł z tego świata, niech mu ziemia lekką będzie, bo się zapił, kanalia, w imię Ojca i Syna! – kontynuowała z błyskiem w oku. – I ja pomyślałam, że to jest znak, że przecież młoda jeszcze jestem, nie wszystko stracone, dobrze mówię, nie?

– Jasne!

– Pani, jak ja na te Święta czekałam… Od czerwca buciki szykowałam, dni liczyłam, aż tu grudzień przyszedł i… Pani nie uwierzy – przerwała dramatycznie.

– Co się stało? – zapytałam.

– Nie przyjechał! – wykrzyknęła, uderzając dłońmi w ladę.

– Nie może być! – uderzyłam dłońmi w laptop.

– Cały rok następny czekałam, nie pojawił się, nie napisał. Następne Święta przyszły, nadal nic, to w styczniu się spakowałam i przyjechałam tutaj. Mieszkam z kuzynką, razem te obwarzanki sprzedajemy, ale powiem pani… Ja tak ciągle o nim myślę… Bo wie pani, czy on w ogóle wie, że ja sama wreszcie jestem? Czy nie umarł, albo, co gorsza, czy sobie nie znalazł jakiej panny paryskiej?

– To by była dopiero tragedia – zgodziłam się.

Pani patrzy, jaka ironia! Czekał na mnie tyle lat, teraz ja czekam na niego! – wykrzyknęła. – Pani, mówię pani, szkoda czasu, życie trzeba garściami brać! – dodała energicznie. – Pani rzuci tego narzeczonego swojego, lepszego pani znajdzie, ładna taka, szykowna, młoda, to się zaraz znajdzie lepszy, co to zadba i zatańczy jak trzeba!

IMG_0748

– Cześć, mała – uśmiechnął się szeroko, widząc mnie w progu. – Jak tam, już odespałaś?

– Tak jakby – odparłam, wchodząc do środka. – Musiałam wziąć wolne w pracy.

– Hehe, nie dziwię się! – stwierdził empatycznie Andżej. Postawiłam swoją torbę na stole i zaczęłam rozglądać się po mieszkaniu w poszukiwaniu swoich rzeczy. Łazienkę postanowiłam zostawić na koniec. – W sumie dobrze, że wpadłaś – rzekł po chwili.

– Tak? – odparłam nieuważnie, zastanawiając się, w którym momencie najlepiej powiedzieć mu, że to koniec, bo Pani Od Obwarzanków nauczyła mnie życia.

– Muszę ci coś powiedzieć… – powiedział, przysiadając na oparciu fotela. – Wczorajszej nocy coś zrozumiałem – dodał, a ja spojrzałam na niego zaskoczona. Jeszcze nie słyszałam u niego takiej powagi. – Kiedy zadzwoniłaś, że utknęłaś w tym Krakowie, trochę się śmiałem, bo, spójrzmy prawdzie w oczy, sytuacja była bekowa…

– No, bardzo – wtrąciłam z przekąsem.

– …Ale kiedy już się rozłączyłaś, dotarło do mnie, że ja się normalnie… wiesz, przejmuję. Że się martwię o ciebie, że ty tam taka biedna w tej nocy, seksownie ubrana, jeszcze się jakiś palant napatoczy… – mówił. Fakt, sam mi prasował ciuchy, które stały się potem moim największym koszmarem. – No, i wiesz… Martwiłem się o ciebie – wydukał niezgrabnie. Spojrzałam na niego oszołomiona. A więc zdarzył się cud! Dotarło do niego, że źle to rozegrał!

– Naprawdę? – wydusiłam z siebie. Uśmiechnął się zalotnie i podszedł do mnie.

– Naprawdę – odparł, czule poprawiając mi włosy. – Zrozumiałem, że nigdy więcej nie chcę się tak czuć.

– Ojej – rozanieliłam się. Matko bosko batmanowsko, to jest ten moment! Po raz pierwszy powie mi, że mnie kocha. Tylko że ja chyba nie jestem gotowa, żeby powiedzieć mu to samo. Co ja zrobię?

– Sama rozumiesz… Niedługo będę miał trzydzieści lat, jeszcze kawał życia przede mną – pogłaskał mnie po policzku. – Dlatego podjąłem decyzję, że musimy się rozstać.

– Co?! – wykrzyknęłam.

– Nie jestem gotowy na takie poważne klimaty – odparł niewinnie. – Ale wszystko przemyślałem. Daj mi rok, może dwa. Trochę się wyszumię, a jak będę miał ochotę na prawdziwy związek, to tylko z tobą! – dodał radośnie, jakby mówił mi najlepszy komplement świata. – I tak sobie myślałem… Poczekasz na mnie?

 

fot. Jeffrey Zeldman / flickr