SYNDROM MONEYPENNY

21 listopada 2015

ŚWIĄTECZNY WJAZD NA CHATĘ

6 grudnia 2015

OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE

30 listopada 2015

– Kiedy tylko nasze spojrzenia się spotkały, poczułam, że to będzie coś wyjątkowego, ale nie miałam pojęcia, że aż tak! – ekscytowała się Halinka.

– Opowiadaj – rozsiadłam się z herbatą. – Jaki on jest?

– Trzy lata ode mnie starszy. Brunet, niebieskie oczy. Ale to wszystko jest nieważne – machnęła ręką, po czym spojrzała mi w oczy i z powagą dodała: – Słuchaj: to jest koziorożec drugiej dekady!

– Niesamowite – odparłam z uznaniem. – Trzeci w tym roku.

– Dokładnie tak! Ale to jest jeszcze nic: zgadnij, jakim jest numerem – uśmiechnęła się szeroko.

– Nie wiem… Dwójka? – strzeliłam. Halinka była dwójką. To by miało sens.

– Trochę tak, trochę nie… – zastrzygła brwiami i zaczęła wiercić się w fotelu jak małe dziecko, czekające na hasło do wi-fi.

– Poddaję się – powiedziałam więc, sięgając po ciastko.

– Jedenastka! – wykrzyknęła tryumfalnie Halinka.

– Przecież powiedziałam, że dwójka.

– Żadna dwójka! Jedenastka to nie dwójka! Jedenastka to jedenastka!

– Ach, faktycznie… Liczba mistrzowska?

– Tak! Czwarta w tym roku! – ciągnęła z przejęciem. – Mietek i Mirek obaj byli trzydziestkami trójkami, Czesiek był dwudziestką dwójką, a teraz trafia mi się jedenastka! Czy masz pojęcie, jak rzadko na świecie trafiają się liczby mistrzowskie?

– Mówiłaś, że bardzo rzadko – odparłam, zawieszając się na chwilę nad swoją pospolitą czwórką.

– Bardzo, bardzo rzadko! Tymczasem ja spotykam je cały czas! – ucieszyła się Halinka. – Ja się pytam: czy to jest przypadek?

Prawda z fusów

Uwielbiałam rozmowy z Halinką. Była jedną z osób, które przywracały mi wiarę w to, że nie jestem jedynie bezwolnym liściem miotanym przez wiatr, co to niósł barwy dla Pocahontas, a magicznym puzzlem w kosmicznej układance pełnej czarów. Halinka bowiem bezustannie widziała w swoim otoczeniu znaki. Otaczała się talizmanami. Pilnowała, czy wokół niej panuje dobra energia. Wyłapywała wampiry energetyczne za pomocą wahadełka i regularnie konsultowała się z zaprzyjaźnionym jasnowidzem, dzięki któremu efektywniej eliminowała ewentualne błędy na drodze do szczęścia. Miała kolekcję minerałów na każdą okazję i runy wytatuowane na nadgarstkach. Wszystko to po to, żeby przekonać oporny wszechświat, żeby zaczął grać do jej bramki i obdarował ją życiem, na które wiedziała, że zasługuje.

przypadek

Halinka wcale nie była w tym dążeniu szczególnie oryginalna. Szacuje się, że około 66% Polaków wierzy w przeznaczenie. Oznacza to, że dwóch na trzech czytelników tej notki na pytanie „przypadek?”, odpowiada „nie sądzę” i po rozstaniu ze swoim pysiaczkiem, filozoficznie informuje zainteresowanych, że „tak miało być”, a „kiedy jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie”. To jeszcze nic: co drugi z nas regularnie sprawdza swój horoskop, a co siódmy ma za sobą wizytę u wróżki! O ile to pierwsze wcale nie jest zaskakujące, ostatecznie horoskopy zazwyczaj są tuż obok ogłoszeń AAA Dyskretnych i Chętnych Tel Po 20, to wizyta u wróżki wiąże się z wyskoczeniem z hajsu, który spokojnie można by zainwestować w jedyną wysoko oprocentowaną rzecz, która szybko się zwraca, czyli flachę. A, umówmy się, w końcu jesteśmy Polakami i wiemy, co to flacha…

Tymczasem, gdyby zapytać sąsiada w windzie o poranku, kolegę z księgowości przy ekspresie do kawy i kuzyna u cioci na urodzinach, wszyscy zgodnie wyśmialiby Radosną Ekipę Wróżbity Macieja i stwierdzili, że nie kupują takich bzdur. Wiecie: ino rozsądek. INO! W obliczu tak zauważalnego oporu ogółu, Halinka stanowiła jaskrawy wyjątek, a ponieważ kompletnie nie kryła się ze swoimi przekonaniami, budziła powszechną wesołość. Potrafiła obliczyć w pamięci numerologiczną tożsamość dowolnie spotkanej osoby w mniej niż trzy sekundy, po czym bezzwłocznie zestawiała to z astrologicznym rysem. I choć teoretycznie wszyscy się z niej śmiali, nie znałam osoby, która nie słuchałaby z zainteresowaniem analiz, którymi chętnie dzieliła się z rozmówcami. Czy wobec tego w dobie kultu technologii i nauki, wiara w przeznaczenie to rzeczywiście szaleństwo?

Koło ratunkowe

– Rozstaliśmy się – zaćwierkała niemal euforycznie do telefonu miesiąc później. – Zdradził mnie!

– Eee… Przykro mi? – odparłam niepewnie.

– E tam, zapomnij o nim, nieważne. Nawet nie chce mi się o tym opowiadać, bo po co podbijać w sobie złą energię, mam rację? – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. Wiedziałam, co to oznacza. – To był wspaniały człowiek i dużo się dzięki niemu nauczyłam, ale pora lecieć dalej.

– Cieszę się, że tak na to patrzysz – powiedziałam, czekając na dalszy rozwój wypadków.

– Nie mogłabym inaczej! Zwłaszcza, że kogoś poznałam, wyobraź sobie… – rzekła Halinka, zgodnie z przewidywaniami. – Poszłam sobie do monopolowego po wino, żeby się upić na smutno, a tam przy półce z białymi półsłodkimi ON! Przysięgam, spojrzałam na niego i już wiedziałam, że wyjdziemy stamtąd razem! – trajkotała tak entuzjastycznie, że niemal słyszałam w słuchawce jej wypieki na twarzy.

– I wyszliście? – zapytałam.

– Oczywiście. Co to jest za gość! Musisz go poznać! Dwójka! Rak! Jaka miła odmiana, hehe – ciągnęła. – No, i tak sobie myślę: gdyby nie ta moja jedenastka, nigdy nie znalazłabym się w tym sklepie, bo nie miałabym doła. A gdybym się tam nie znalazła, nigdy nie poznałabym mojego Raczka, prawda? No, sama powiedz: czy to jest przypadek?

Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie dlatego, że zaawansowana rozkmina Halinki mnie rozbawiła. Dlatego, że odkryłam właśnie, że całkowicie się z nią zgadzałam. Bo tak, wyprawy do wróżki, czytanie z fusów i lanie wosku w Andrzejki mogą być formą zrzucania odpowiedzialności za własne decyzje. Jeśli jednak mają służyć poprawie samopoczucia i ułatwić komuś radzenie sobie z bezlitosną codziennością, nie widzę w tym nic złego. Ostatecznie, czasem każdy potrzebuje odrobiny pomocy. Poza tym, sama codziennie spotykam znaki, które doprawdy trudno zignorować…

To mówiłam ja – zodiakalna ryba, chiński koń i numerologiczna czwórka.

No, ale dość o mnie… Jak tam z Wami? Wierzycie w przeznaczenie?

 

fot. Manuel Acebedo / flickr