ŚWIĄTECZNY WJAZD NA CHATĘ

6 grudnia 2015

NOGI ZA PAS

11 grudnia 2015

KRÓTKA HISTORIA O TRUDNYCH DECYZJACH

9 grudnia 2015
podejmowanie decyzji

Wszyscy jesteśmy kulturalnymi, oczytanymi, wykształconymi intelektualistami, więc wiemy, że życie to sztuka wyboru, bo nauczyła nas tego reklama lodów Magnum i asortyment monopolowego pod akademikiem. Niestety, świadomość istnienia wyzwania, wcale nie ułatwia starć z trudnymi decyzjami. Rozdarcie wewnętrzne stanowi przyczynę 35% weekendowych bań, 77% ataków paniki przy telefonie i 100% zawałów w sklepach obuwniczych. Sprawdzone info. Z tego powodu przybywam niniejszym z odsieczą, niosąc przypowieść, która uratuje ci życie, zdrowie i/lub stan konta.

Wracałam chyba z jakiejś randki, bo miałam na sobie kozaki na obcasie i mini, mimo mrozu, śniegu, lodu i Katowic. O jakości tej randki niech świadczy to, że mówię „chyba” – nie pamiętam, co to mógł być za typ i gdzie z nim byłam. W każdym razie, usiłując się nie zabić, dylałam na tramwaj i zastanawiałam się, co mi strzeliło do głowy, żeby podbijać luty na siedmiocentymetrowych obcasach i w siedmiocentymetrowej spódnicy. Baby są jednak głupie.

Na przystanku stało kilka osób, choć pora była dość późna, w dodatku osobnicy byli płci męskiej, co nieco zaniepokoiło moją mini. Na szczęście, w naszą stronę zmierzał starszy pan z wielką torbą, więc powiedziałam mini, że spoko, bo zagrożenie gwałtem jest odwrotnie proporcjonalne do średniej wieku rezydentów lichej wiaty pod teatrem. Spojrzałam na rozkład jazdy, szukając godziny przyjazdu szóstki. Za dwie minuty. Idealnie. Poprawiłam czapkę i rozmarzyłam się, myśląc o chwili, w której zainstaluję się na kanapie w towarzystwie kubka herbaty, ewentualnie szklaneczki whisky – nie byłam jeszcze pewna, której formy rozgrzania będę potrzebować. I wtedy usłyszałam łomot. Starszy pan upuścił torbę, żeby chwilę później podzielić jej los i uderzyć o ziemię. Pech chciał, że akurat przechodził przez tory. A z oddali nadjeżdżał mój tramwaj.

Rozejrzałam się, ale nikt nie wyrywał się, żeby go ratować. Modląc się do Matki Boskiej Obuwniczej, wystartowałam na swoich szpileczkach z werwą Atomówki i już po chwili ciągnęłam faceta za rękaw puchowej kurtki typu Michelin, usiłując przeciągnąć go na chodnik.

– Może mi pan pomóc? – zapytałam poirytowana jednego z młodzieńców.

– Pani zostawi, pijak jakiś! – odparł, ale kiedy poczęstowałam go spojrzeniem, tłumaczącym jednoznacznie, gdzie zaraz mogę umieścić swoje obcasy, niechętnie przyczłapał i wspólnymi siłami przesunęliśmy torbopozytywnego na chodnik. Trzeba, kurde, mieć wyobraźnię – tak się walnąć na torach! Nie mógł mdleć gdzieś indziej? Po chwili facet zaczął się wybudzać, a tymczasem wszyscy potencjalni gwałciciele wsiedli do mojego tramwaju i tym sposobem zostałam sama. Zadzwoniłam na pogotowie, a starszy pan, upewniwszy się, że jego torba nie zniknęła, zaczął mi dziękować i tłumaczyć, że on nie może jechać na pogotowie, bo właśnie przyjechał z Bydgoszczy w odwiedziny do kuzyna i musi jeszcze dziś dotrzeć do Cieszyna, ale z drugiej strony jest jakby rozdarty wewnętrznie, bo w sumie nie może oddychać i boli go lewe ramię, a w „Plebanii” od tego zaczynał się zawał.

Dziesięć minut później, starszy pan został zabrany przez karetkę („doktory, tylko spakujcie mi tu też torbę!”), a ja poszłam na inny przystanek, wiedząc już, że herbata jednak nie współgra z moimi wymaganiami. Na przystanku stało dwóch nowych potencjalnych gwałcicieli. A mini nadal krótka, może nawet krótsza, bo podczas walki na torach podjechała mi w stronę mojej J.Lo, tak jakby świat koniecznie musiał się dziś dowiedzieć, czy kupiłam rajstopy z klinem. Na szczęście, po chwili dołączyła do nas starsza pani z reklamówką pełną pomarańczy, a ja odetchnęłam z ulgą, przysięgając sobie, że od jutra będę nosić w torebce spodnie. I kiedy po chwili nadjechał mój tramwaj, starsza pani nagle upadła, targana drgawkami, a pomarańcze rozsypały się malowniczo po zaśnieżonym betonie.

– Wszystko w porządku? – zapytałam, drugi raz tego wieczoru.

– Ratunku, mam padaczkę! – krzyczała słabym, przerywanym głosem. Rzuciłam się w jej kierunku, ślizgając się w swoich idiotycznych butach po pomarańczach i lodzie. Nogi rozjechały mi się w przeciwnych kierunkach, a ja zastygłam z przerażenia, lądując w pozycji kozackiego tancerza.

– Pani zostawi, babka jest psychiczna, udaje – powiedział jeden z pomocnych młodzieńców do mojego uda, po czym wsiadł do mojego tramwaju, a drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem. Nie wierząc, że to się dzieje naprawdę, zmobilizowałam swój przemarznięty mózg do pracy i zmusiłam go, żeby cofnął się do drugiej klasy liceum, kiedy pan z PO mówił, jak udzielać pierwszej pomocy podczas ataku epilepsji. Zabezpieczyłam głowę pomarańczarki i zadzwoniłam na pogotowie, a kiedy atak się skończył, ułożyłam kobietę w pozycji, która była najbliższa mojemu wyobrażeniu pozycji bocznej ustalonej. Dziesięć długich minut później kobieta była już w karetce, a ja poddałam się i zadzwoniłam po taksówkę.

– Nie uwierzy pan, co mnie dziś spotkało – zagaiłam taksówkarza. Tak, osiągnęłam taki poziom szoku i frustracji, że z własnej woli odezwałam się do taksówkarza, bo musiałam się wygadać. A umówmy się: zazwyczaj wolę tego unikać. I kiedy zaczęłam opowiadać typowi moją surrealistyczną historię, on nagle zjechał na pobocze, zatrzymał się i włączył światła awaryjne.

– Wszystko w porządku? – wyrzuciłam z siebie z wprawą.

– Rozbolało mnie serce – odparł cicho taksówkarz. Zdębiałam. To się nie mogło dziać naprawdę.

– Zadzwonić po pogotowie? – zapytałam więc, rozglądając się po taksówce w poszukiwaniu ukrytych kamer.

– Nie, na pewno zaraz mi minie – stwierdził z optymizmem Ewy Kopacz mówiącej o rokowaniach Jastrzębskiej Spółki Węglowej. I rzeczywiście, po chwili włączył się znów do ruchu i zawiózł mnie pod sam dom, podczas gdy ja bezustannie pytałam, czy jest pewien, że da radę prowadzić i czy może jednak nie powinnam zadzwonić na pogotowie – w końcu to moje ziomy i wszystkich już tam znam. Kiedy weszłam do domu, zanim jeszcze zdjęłam kozaki mocy, rzuciłam się do lodówki i sporządziłam sobie drinka a la Clooney w „Ocean’s Eleven”: whisky z whisky, po czym wypiłam go duszkiem, tłumacząc sobie, że skoro piję z kotem, to jeszcze nie jest alkoholizm.

Od tamtej pory kilkukrotnie zdarzyło mi się spotkać w tramwaju starszą panią od pomarańczy. Rzeczywiście, sprawiała wrażenie lekko niezrównoważonej, może dlatego, że zawsze miała pomarańcze i obłęd w oczach, ale nie sądzę, żeby wtedy udawała. Nie wiem, co się stało z fanem „Plebanii” ani czy dowiózł torbę do Cieszyna. Cieszę się, że im wtedy pomogłam. Pomimo upływu lat, nadal nie mogę sobie jednak wybaczyć, że nie zadzwoniłam po pogotowie trzeci raz – żeby pomóc taksówkarzowi. Stąd właśnie wiem, że w życiu najbardziej żałuje się rzeczy, których się nie zrobiło.

Dlatego tak, myślę, że możesz napisać do niego pierwsza.