DO ŁÓŻKA NA ZGODĘ

20 grudnia 2015

RYCERZE Z DWORCA PKP

6 stycznia 2016

SERCE NA PAMIĄTKĘ

27 grudnia 2015

To nie było dobre rozstanie. Nierozwiązane problemy narastały tak długo, aż ja znienawidziłam jego, a on mnie, a następnie zaczęliśmy festiwal wzajemnego obwiniania się o zmarnowane lata, złamane serca i okrucieństwo. Oboje mieliśmy trochę racji. Spakowałam się więc i wyprowadziłam, z każdym kolejnym kartonem uzmysławiając sobie, jak wiele razem przeżyliśmy.

– Mam wrażenie, że nie mam żadnej rzeczy, która by się z nim nie wiązała – powiedziałam smutno, wypakowując zestaw kubków, które przywieźliśmy z wakacji, do szafki w swojej nowej kuchni.

– Wyrzuć! – zarządziła Halinka zdecydowanym tonem, rozcinając taśmę na kartonie opisanym „wszystko z biurka”.

– Po co? – odparłam. – Mam udawać, że ostatnie dwa lata się nie wydarzyły?

– A chcesz żyć w muzeum nieudanego związku? – zapytała Halinka.

– Nie zamierzam wieszać na ścianach naszych wspólnych zdjęć – powiedziałam, zerkając na kubek bezczelnie szczujący mnie naszymi uśmiechami na tle Adriatyku. – Ale zacieranie za sobą śladów byłoby bez sensu. Nasze wspólne wspomnienia to przecież też moje wspomnienia. Skończyło się paskudnie, ale to był dobry człowiek i dobry związek. Chcę mieć po nim jakąś pamiątkę.

– Czyli będziesz dalej chodzić w biżuterii, którą od niego dostałaś, słuchać płyt, które razem kupiliście i okrywać się pledem, który kupiłaś na inną kanapę? – zdziwiła się.

– Mam się obrazić na Coldplaya o to, że nie wyszło mi z Andżejem? – odparłam. Halinka otworzyła usta, jakby chciała coś dodać, ale chyba zmieniła zdanie, bo zamiast tego uśmiechnęła się i sięgnęła po karton z „gratami z podłogi”.

Krótko potem, w moim domu zaczęły dziać się dziwne rzeczy.

Porządki

Inicjatywę postanowił przejąć Jagger. Pewnej pięknej soboty, która nadeszła w ślad za piątkowym melanżem, w środku nocy o trzynastej, mój sen o nagiej kąpieli w oceanie z Lennym Kravitzem, przerwany został brutalnie przez Jego Znudzoną Kocią Wysokość. Zirytowany pustką w swojej stylowej miseczce w kratkę Burberry oraz przedłużającym się brakiem miziania po karku, Jagger postanowił wejść na blat w kuchni i sięgnąć po jedyne skuteczne rozwiązanie tej patowej sytuacji: jeden po drugim, kolejno zrzucił kubki z suszarki przy zlewie. Spośród ośmiu, wybrał siedem. Wszystkie, które kupiłam kiedyś z Andżejem.

Jakiś czas później, postanowiłam zrobić porządki w dokumentach. Wzięłam dwa kartony: jeden na rzeczy, które zostają, jeden na rzeczy, które wylatują. Po zakończeniu misji sukcesem, poszłam uszczęśliwić obiadem siebie i Onego, który wpadł mnie odwiedzić. Na stole zawadzał nam laptop, więc położyłam go na chwilę na kartonie z makulaturą. Laptop, nie Onego. A potem poprosiłam go, żeby wyniósł ten karton na śmietnik. Onego, nie laptop. Więc wyniósł. I wyrzucił. Śmieci z laptopem, który dostałam na urodziny od Andżeja. Zorientowałam się dzień później. Do dziś mam nadzieję, że zanim nadjechała śmieciara, znalazł go jakiś Śmietnikowy Łowca Skarbów i pił za to przez cały lipiec.

Książkę, którą Andżej kupił mi na Święta, zakosili mi tramwaju. Płyty zaginęły podczas tygodniowej majówki ze znajomymi, kiedy to w pijackim widzie usiłowałam znaleźć coś, co ma dobry bit w roztargnieniu zapomniałam je spakować. Album ze zdjęciami unicestwiła moja przyjaciółka, przypadkowo zalewając go czerwonym winem. Prawdziwy hit miał jednak dopiero nadejść: w dniu wyprowadzki z Mieszkania Przejściowego, mój Tatuś, znany Wam jako Pum, postanowił ułatwić sobie przenoszenie kartonów, blokując drzwi windy jednym z pudeł, po czym poszedł do auta. Kartonem natychmiast zaopiekował się jakiś troskliwy sąsiad (kochane osiedle Tysiąclecia, nigdy Ci tego nie zapomnę!). Drogi sąsiad musiał się bardzo ucieszyć, kiedy w domu odkrył, że stał się nowym posiadaczem mojej kolekcji biżuterii… Piłam przez tydzień.

W ciągu kilku miesięcy, z mojego życia zniknęła każda pamiątka po mojej podróży z Andżejem. A przynajmniej tak mi się wydawało…

Pozytywka

Minęło kilka lat. Świętej pamięci zegarek z Kermitem nadal bolał tak samo, choć prawie zdążyłam już pogodzić się z utratą kubka w poziomki. Jako że nadszedł grudzień i magia Świąt spłynęła na mojego mopa, jak każda porządna Matka Polka, zabrałam się za porządki świąteczne. Kiedy już umyłam podłogi, drzwi i okna dla Jezuska, postanowiłam pójść na całość i zaczęłam rozbrajać jedyne pudełko, którego nie tknęłam przez ostatnie cztery lata, a był nim Lord Vader wśród pudeł, zmora każdej osoby, która kiedykolwiek się przeprowadzała: karton z napisem „różne”. Szybko okazało się, że jestem szczęśliwą posiadaczką czterdziestu jeden długopisów (w tym aż dwudziestu siedmiu działających), dziewiętnastu gustownych smyczy z logotypami wszelkich uczelni wyższych tego kraju, pilota do telewizora, którego już nie mam, a także pewnego drobiazgu:

Bez tytułu

 

I nagle sobie przypomniałam. Nasze ostatnie Święta. Już czuliśmy, że nie ma czego zbierać, ale oboje udawaliśmy, że tego nie wiemy. Zabrał mnie na jarmark do Krakowa. Zobaczył pozytywkę. Powiedział, że miał coś podobnego jako dziecko i zawsze chciał zbudować własną pozytywkę dla kogoś, kogo kocha. A potem ją kupił. I zbudował jej drewnianą obudowę w kształcie choinki. Dostałam ją na Święta. I choć choinka rozpadła się podczas przeprowadzki, wyjęłam z niej jej grające serce i schowałam do kartonu, tak jakbym chowała sobie na później kawałek serca Andżeja.

I tak sobie teraz patrzę na nią i myślę: jakie to szczęście, że cztery lata temu nie straciłam jedynej cennej pamiątki po kimś, kto mnie kiedyś kochał.

 

fot. Justin Gaynor / flickr