OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE

30 listopada 2015

KRÓTKA HISTORIA O TRUDNYCH DECYZJACH

9 grudnia 2015

ŚWIĄTECZNY WJAZD NA CHATĘ

6 grudnia 2015
podejmowanie decyzji

Dział z nabiałem w Tesco migoce w świetle girland, Esotiq rozdaje kupony rabatowe do butików Ewy Minge, a Sephora wysyła mi więcej smsów, niż Huragan Teresa – znaczy, że idą Święta, w dodatku idą bardzo. Mało kto wie, ale ten magiczny okres zawsze był dla mnie źródłem poważnych kryzysów egzystencjalnych, niósł bowiem za sobą pytanie, na które nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi, a mianowicie: kto właściwie przynosi te wszystkie prezenty? Jako porządne dziecko, urodzone w wolnej Polsce i wychowane na kablówce, wiedziałam doskonale, że na całym świecie odpowiada za to Święty Mikołaj, ale potem wszyscy zaczęli mi mieszać w głowie. I jakkolwiek z czasem nauczyłam się sobie z tym radzić, ostatnio problem odżył za sprawą nowych okoliczności… Ale po kolei. Zaczęło się standardowo:

Święty Mikołaj

Klasyka gatunku. Podróżuje ciężarówką Coca-Coli, chyba że przesadzi z grzanym winem – wtedy elfy chowają mu kluczyki w jednej ze skarpet i przesiada się na sanie, które nie mają może koni mechanicznych, ale za to napędzane są stuprocentowo ekologicznymi reniferami, wyposażonymi w czerwone reflektory w nosie oraz praktyczne wieszaki w czaszce. Jego stylówka załamuje jednoczesną monotonią i przypałowością, ale po parokrotnych interwencjach, nawet Joanna Horodyńska się poddała, choć Tomasz Jacyków przyznał mu dwa punkty za zarost. Ulubieniec narodowców – cenią go nie tylko za konsekwentne noszenie biało-czerwonej odzieży, ale i kultywowanie Świąt Bożego Narodzenia. Jest najczęściej fotografowanym świętym świata: w okresie świątecznym, średnio czterdzieści razy na minutę łapie go któryś fotoradar. Najgorzej jest na Wiślance, choć podobno nie przepadają za nim też stróże prawa w Teksasie. Nigdy mnie to nie zraziło i darzyłam go szczerym uwielbieniem. Do szczęścia nie potrzebowałam nikogo więcej. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego mnie to spotkało! Wszystko zaczęło się komplikować, kiedy miałam cztery lata…

Gwiazdor

Wielkopolska podróba Mikołaja. Miałam kiedyś wątpliwą przyjemność go poznać, kiedy spędzałam Święta u rodziny pod Poznaniem. Tak po prostu, bez uprzedzenia, drzwi otwarły się z hukiem i do salonu mojej cioci wlazł on:

gw1

Nie miałam wątpliwości, że widzę przed sobą gorszą wersję Mikołaja i pewnie byłam niegrzeczna, więc za karę wysłali do mnie tego typa, zamiast pełnowartościowego skrzata w czerwieni, żeby wymierzył mi karę rózgą, którą, a jakże, MIAŁ ZE SOBĄ! W pierwszej chwili się rozpłakałam. W drugiej, postanowiłam dostać histerii. W trzeciej, zdecydowałam się na ucieczkę pod stół. Po półgodzinnych pertraktacjach i łapówce w postaci zasłużonych prezentów, postanowiłam dać mu szansę:

gw2

Dzięki, mamo, za stylową grzyweczkę!

 

Uśmiechnęłam się do zdjęcia i w ogóle, bo jeszcze by mi je zabrał, ale ani na sekundę mu nie zaufałam. Wam też nie radzę. „Gwiazdor” brzmi zbyt szorstko. To nie może być przypadek.

Aniołek

– I oni mówią na niego „Gwiazdor”! – wyżalałam się Halince, podczas naszego tradycyjnego poniedziałkowego spotkania na niewidzialnej kawce, podawanej w żółtych, plastikowych filiżankach z czerwonym uchem, w kawiarni na dywanie, w kącie za ciężarówkami.

– Ale gupio! – oburzyła się Halinka. – To takie imię?

– Nie wiem! Ale on im przynosi prezenty! – przewróciłam oczami z dezaprobatą i nałożyłam sobie kawałek niewidzialnej szarlotki na ośmiokątny talerz.

– Gupki w tej wielkiejpolsce – przyznała mi rację Halinka, poprawiając sobie rajstopki. – Przecież prezenty przynosi Aniołek.

Spojrzałam na Halinkę, a następne na plastikową filiżankę pełną niewidzialnego wrzątku, którym mogłaby mnie oblać w razie nieporozumienia, po czym uśmiechnęłam się uprzejmie i postanowiłam taktownie zmienić temat na nową porę rytmiki. Aniołek? Przynoszący prezenty?! Co to w ogóle miało być? Przecież wiadomo, że aniołki są w niebie i mają ważniejsze rzeczy do roboty, niż zaspokajanie potrzeb konsumpcyjnych rozpieszczonych dzieci. Na przykład muszą posyłać deszcz na ziemię. I wysyłać mamusiom dzidziusie. Wizja, jakoby w wolnych chwilach pakowały lalki Barbie i oklejały kartony klocków, wydawała mi się być hańbiąca dla szlachetnego urzędu aniołka. Bo co to miał być za Aniołek? Jakiś konkretny? Nadaniołek? Podaniołek? Co roku inny? A może, o zgrozo, chodziło o to, że Mikołaj umarł i teraz jest aniołem, więc de facto prezenty przynosi mi duch?! To się nie trzymało kupy. A dalej było tylko gorzej.

Dzieciątko

– Co tu robisz? – zmartwił się tata, widząc, że od dwóch godzin odmawiam opuszczenia kanapy obok choinki.

– Czekam. W tym roku go nie przegapię – powiedziałam buntowniczo.

– Wiesz, że wieczerza już za pół godziny? – odparł z nerwowością, której źródła nie potrafiłam zlokalizować.

– Wiem. Jestem już ubrana w sukienkę, uczesałam się i mam porządek w pokoju – wyrecytowałam z godnością pięciolatki.

– To… yyy… może pójdziesz pomóc mamie wyjąć talerze? – zaproponował tata, spoglądając kątem oka na szafę w przedpokoju.

– A co, jeśli akurat wtedy przyjdzie Mikołaj? – zapytałam przytomnie. – Zawsze mam pecha i przychodzi, jak tylko na chwilę wyjdę z pokoju.

– Mikołaj? – zdziwił się tata. – Chyba raczej Dzieciątko?

Tego było już za dużo. Jakie, kurde, Dzieciątko? Czy mój tata naprawdę oczekiwał, że uwierzę, że nowo narodzony Jezus Chrystus otrzepał się z resztek łożyska, po czym chwycił za torbę, wsiadł na rower i udał się w tournee po świecie, żeby obdarować inne dzieci prezentami? Skąd to się wzięło? Przecież nigdy wcześniej nie wspominał o takim nonsensie, a teraz, rok po gwiazdorowej traumie i aniołkowym nonsensie, ojciec postanowił dowalić mi nowy problem. Tak, jakby odkrycie, że dzieci nie przynoszą aniołki, nie było wystarczająco traumatyczne. Na szczęście, w wieku pięciu lat już zaczynałam łapać podstawowe zasady umiejętnego rozmawiania z mężczyznami, więc postanowiłam udać, że tego nie słyszałam i zostać przy swojej wersji wydarzeń. Nawiasem mówiąc, miałam w tamtym roku strasznego pecha: Mikołaj podrzucił prezenty, kiedy akurat poszłam zrobić siku.

Gwiazdka

– To jak to robimy z Dziedzicem? – zapytałam Onego, kiedy już ustaliliśmy wigilijne menu. – Musimy coś wymyślić. Kto będzie przynosił mu prezenty?

– Nie wiem, może poprosimy mojego brata? – odparł logicznie on.

– Żeby się przebrał? – zdziwiłam się.

– Żeby je tu przyniósł – uściślił on.

– Ale przebrany za Mikołaja? – drążyłam, nie kumając.

– Dlaczego za Mikołaja, skoro prezenty przynosi Gwiazdka? – oburzył się on.

Gwiazdka. Kumacie. Takie ciało niebieskie. Witki mi opadły. Nie wiem, jak żyć.

 

Sami widzicie, że sytuacja jest poważna. Ratujcie! Powiedzcie, kto u Was przynosi prezenty! Muszę jakoś rozstrzygnąć ten spór. Wiecie, nie chcę wywierać presji, ale to od Was zależy zdrowie psychiczne mojego dziecka…