GDY BLONDYNKA ZŁAPIE GUMĘ

15 kwietnia 2016

TYPY PAR NA SPACERACH

16 maja 2016

KREATYWNOŚĆ ATEISTY, CZYLI ŚWIECKIE CHRZCINY

4 maja 2016
uroczystość nadania imienia

„Endrju Dżunior, syn Halinki i Endrju, uroczyście zaprasza Fab, Onego i Dziedzica na uroczystość nadania imienia, która odbędzie się kiedyś tam, o godzinie którejś tam, w miejscu jakimś tam” – brzmiało eleganckie zaproszenie, które wyjęłam ze skrzynki pocztowej. Nie skumałam. Przeczytałam jeszcze raz. I znowu. A potem, przekopując się przez kolekcję błyszczyków, grzebień, klucze, drugie klucze, trzecie klucze, jeszcze jedne klucze, kalendarz, pluszową żabę, smoczek, taczkę, dwa meteoryty, średnich rozmiarów kapibarę oraz spławik, heroicznie wyłowiłam telefon z torebki.

– Ej, Halinko, o co chodzi z tym zaproszeniem, które właśnie dostałam? – zapytałam zaintrygowana.

– Przecież wszystko masz tam napisane, niedokształcie – odparła Halinka.

– Ale co to, kurde, jest „uroczystość nadania imienia”?! – drążyłam.

– Zobaczysz. Takie jakby chrzciny – wyjaśniła. – Tylko bez chrzcin. Kumasz? – nie kumałam.

– Kumam – odparłam więc. – Do zobaczenia za miesiąc! – wykrzyknęłam entuzjastycznie, a przed oczami stanął mi mój były, Mietek. Otóż Mietek, towarzysząc mi kiedyś w pełnej przygód sobotniej podróży do Tesco, dostał miniwylewu, widząc, że kupuję parówki sojowe.

– Ale w sensie, że o co ci chodzi? – wydukał w osłupieniu.

– O śniadanie mi chodzi – rzekłam błyskotliwie.

Możesz mi wytłumaczyć, po co jesteś wegetarianką, skoro i tak udajesz, że jesz mięso? – zapytał więc, opierając się o paletę z krokietami.

No i, spójrzmy prawdzie w oczy, jego pytanie nie było pozbawione logiki…

Ceremonia

Kiedy wreszcie nadszedł dzień jakiś tam, wpakowałam chłopaków w korespondujące ze sobą błękitne koszule, a następnie udaliśmy się gdzieś tam, żeby zdążyć na godzinę jakąś tam i zobaczyć na własne oczy, co poeta miał na myśli. Jak tylko przekroczyliśmy próg wynajętego na tę okazję pałacyku, już wiedziałam, że sytuacja jest poważna. Po pierwsze: byliśmy w pałacyku. Po drugie: na powitanie wręczono nam po kieliszku szampana. Po trzecie: na sali było około sześćdziesięciu osób, a to jeszcze nie był koniec. Moje oszołomienie już po chwili podbiła elegancko ubrana Pani Kierownik Melanżu, która uprzejmie poprosiła nas o przejście do sali, w której odbędzie się ceremonia, po której zostaniemy zaproszeni na obiad. Postanowiłam wyzerować szampana, po czym poinformowałam Onego, że to on będzie kierowcą i zabrałam mu jego kieliszek.

Rozsiedliśmy się wygodnie na krzesłach, posyłając sobie zaintrygowane spojrzenia, zwłaszcza, że przed nami stał projektor, dwa głośniki i wielki ekran. Nagle w sali rozległ się głos przemawiającej przez mikrofon Pani Kierownik Melanżu, która w imieniu stojących obok Halinki, Endrju i Endrju Dżuniora powitała gości, a następnie przeszła do konkretów. Po krótkim wprowadzeniu, w którym wyjaśniła, kto jest gwiazdą wieczoru, w lekki i humorystyczny sposób opowiedziała zgromadzonym, jak rodzice młodzieńca się poznali i stworzyli swoje dzieło życia. A że Endrju jest z eksportu, a sama Halinka spędziła pół życia w podróży, historia była fascynująca. Nawet dla mnie, mimo że dobrze ją znałam. I mimo że Pani Kierownik Melanżu opowiedziała ją dwukrotnie. W dwóch językach, bo, jak się okazało, na sali byli przedstawiciele pięciu różnych nacji. Następnie, na ekranie pojawiła się prezentacja, tłumacząca znaczenie imienia Endrju Dżuniora. A potem zaczęła się rzeźnia.

Pierwszy raz popłakałam się, kiedy Halinka i Endrju wygłosili swoje przemówienia, w których zobowiązali się szanować wybory swojego dziecka, otaczać je miłością i opieką, a także wspierać je, bez względu na to, jaką wybierze ścieżkę życiową. Kiedy wypowiadali się wybrani przez rodziców opiekunowie duchowi Dżuniora, wiedziałam, że mój eyeliner jest już tylko wspomnieniem. Kiedy Halinka podziękowała zgromadzonym za przybycie i współtworzenie ich pięknej, wielokulturowej rodziny, zastanawiałam się, czy dotrwam do końca. Dotrwałam. Tylko że na końcu z głośników poleciała piosenka z „Króla Lwa”. I umówmy się: to był po prostu brutalny knockout.

Czyste szczęście

Po części oficjalnej, piękna, wielokulturowa rodzina przemieściła się do Krainy Szamy, gdzie powitał ją obiad (co ucieszyło Onego), wino (co ucieszyło mnie) oraz pan didżej z kolorowymi światłami i dyskotekową kulą (co ucieszyło Dziedzica). Jedliśmy. Piliśmy. Dziedzic tańczył „kaczuchy” do wszystkiego, łącznie z „Macareną”. A kiedy już napełniliśmy żołądki, a moja czujność została uśpiona przez beztroskie rozmowy przy stołach, Pani Kierownik Melanżu postanowiła nas dobić. Powstała bowiem, ale nie jak Kościuszko, tylko z krzesła i przeczytała napisane przez kilku najbliższych przyjaciół Halinki i Endrju przemówienia. Kilka słów o tym, jak bardzo się cieszą, że mogą obserwować przemiany, jakie mają miejsce w ich życiu. I gdy, chlipiąc w deser, spojrzałam na płaczącą Halinkę i dyskretnie ocierającego łzę Endrju, oświeciło mnie niczym Woltera.

W uroczystości nadania imienia Dżuniorowi nie chodziło o stworzenie atrapy sakramentu. Halinka i Endrju wprowadzali swoje dziecko w świat tak bogaty we wzorce, tradycje i kultury, że nie chcieli podejmować za niego decyzji, która jest najważniejsza. Woleli pokazać mu wszystko, co znali i wychowywać świadomego człowieka o szerokich horyzontach, a impreza, na którą nas zaprosili nie miała nic wspólnego z religią. Ani z jej bojkotem. Chcieli po prostu podzielić się z najbliższymi radością z przyjścia na świat miłości ich życia. Takie proste. I takie genialne.

Znowu wróciłam więc myślami do działu garmażeryjnego w Tesco w 2010 roku i przypomniałam sobie minę Mietka, gdy powiedziałam:

– Zrezygnowałam z żarcia martwych świnek, a nie z przyjemności, jaką daje mi sobotni hot-dog.

 

fot. Valentina Yachichurova / flickr