PRZYJACIÓŁKI SPECJALNEJ TROSKI

20 maja 2016

Mało co wkurza mnie tak, jak WOŚP

14 stycznia 2018

NAJBARDZIEJ PRZYPAŁOWE GUILTY PLEASURES

6 czerwca 2016

Znacie mnie nie od dziś i wiecie doskonale, że każdy dzień zaczynam od przyrządzanego zgodnie z wytycznymi Marcina Rzońcy espresso, spożywanego podczas lektury najnowszego Wall Street Journal, skąpana w dźwiękach Czajkowskiego, płynących z mojego Naim Statement. Po takiej dawce orzeźwienia, strzelam sobie jaglankę z jagodami goji i sproszkowanym rogiem jednorożca, po czym ćwiczę tai chi, czytam jakąś rozprawę Seneki Młodszego i śmigam do pracy, gdzie przez cały dzień zbawiam świat. Wieczorem to już taki śląski standard: warzywa gotowane na parze, dyskusje z małżonkiem o wycince Turnickiego Parku Narodowego, lampka koniaku przy kominku i kilka chwil przy lekturze „Ulissesa”, a gdy jesteśmy bardzo zmęczeni – puszczamy sobie jakiś film dla rozluźnienia, najczęściej Felliniego, choć czasem nachodzi nas na francuską Nową Falę.

Zdarzają się jednak sporadycznie okoliczności, które zmuszają mnie do zmiany tych przyzwyczajeń i sięgnięcia po wstydliwe rozrywki z kategorii guilty pleasures, czyli rzeczy, które mnie jarają, ale się do tego nie przyznaję na dzielni, bo mi to nie współgra z wizerunkiem. Chodzi tu o takie nietypowe sytuacje, typu poniedziałek rano, kiedy muszę się przygotować psychicznie na gradobicie maili. Albo wtorek, kiedy szukam zajęć zastępczych, żeby nie dzwonić do ludzi. Albo środa, kiedy odwlekam naukę. Albo czwartek, kiedy nie chce mi się pisać magisterki. Albo piątek wieczór, kiedy jestem zmęczona po całym tygodniu. Albo sobota popołudniu, kiedy to pranie na mnie patrzy. Albo niedziela rano, kiedy chcę poleniuchować. Czyli wiecie, czasami, dosłownie w nagłych wypadkach. No, ale do rzeczy. Otóż w takich nieprzewidzianych sytuacjach mam jedną deskę ratunku. Znaczy dwie. W porywach siedem. Zaczyna się niewinnie:

1. Pudelek

Moja przeglądarka nie pozostawia mi złudzeń: częściej wchodzę tylko na fejsa. Tłumaczę sobie, że robię to ironicznie i dla beki, więc jestem ponad to, ale spójrzmy prawdzie w oczy: bez dawki ploteczek o poranku czuję się niepełna. Cóż zrobiłabym bez najnowszych zdjęć biustu Kim Kardashian? Kto powiedziałby mi, ile lat tak naprawdę ma Małgorzata Rozenek? I skąd wiedziałabym, co Rafał Maślak myśli o uchodźcach?

Untitled design (32)

2. Stalkowanie ludzi na fejsie

Jednakowoż musicie wiedzieć, że pierwsze miejsce fejsa w niechlubnym rankingu Google Chrome’a jest w pełni zasłużone. Jasne, mogę ściemniać, że wchodzę tam, bo praca, fanpage, mama coś napisała na mesendżerze i muszę zapytać męża, na którą wstawiać ziemniaki, ale fakty są takie, że ilekroć mam nadwyżki czasowe, wpadam w otchłań stalkowania ludzi na fejsie. Jak wygląda teraz moja wredna koleżanka z gimnazjum? Kim jest nowa dziewczyna mojej pierwszej miłości z czasów podstawówki (bezczelność, wiadomo, że powinien do końca życia za mną tęsknić, nie?)? Kto się zaręczył? Kto wziął ślub? Kto przytył? Kto schudł? Kto sprzedaje ubezpieczenia w MLMie? I gdzie mój sąsiad zjadł dziś obiad? Na te i inne pytania odpowiadają mi niezawodne posty na fejsie oraz skomplikowany algorytm własnego autorstwa, dzięki któremu analizuję kto komu co polajkował, o której i dlaczego, dzięki czemu już po chwili precyzyjnie rozkminiam nawet najstaranniej kamuflowane aferki. Zaprawdę powiadam Wam: na fejsie jestem niczym Lisbeth Salander towarzyskiego riserczu. Bójcie się.

3. Zakupy online

Owszem, na pudelka i fejsa wchodzę najczęściej, ale w życiu nie liczy się ilość, a jakość, a jeśli chodzi o jakość zmarnowanego czasu, nigdzie nie robię tego lepiej, niż w sklepach internetowych. Piękno tego ustrojstwa polega na tym, że zawsze powtarzam sobie, że tylko oglądam, ojej, jakie śliczne szpilki, ale przecież ich nie kupię, tylko oglądam, ja naprawdę tylko oglądam, o rany, mają mój rozmiar, nie, nie wolno, Miły by mnie zabił, tylko że jak się zapiszę do newslettera to dostanę dwie dychy rabatu, czyli no dobra, przekonali mnie. Przy czym biorąc pod uwagę, ile tysięcy butów scrolluję zanim kupię te jedne, i tak uważam, że jestem bardzo rozważna, rozsądna i nieugięta.

4. Przypałowa muzyka

A jeśli już marnować czas w internetach, to tylko w dobrym akompaniamencie, nie? I z laptopa. Nie ma to jak ekskluzywna jakość dźwięku. Co prawda, zazwyczaj nie dochodzę do aż takich ekstremów, ale zdarzają się sytuacje kryzysowe, w których muszę wezwać posiłki. Typu… No wiecie…

Nic nie poradzę. Kocham ten kawałek. Cholera.

5. Dziwne żarcie

Tak, ja wiem, wszyscy kochamy Nutellę, Haagen-Dazsy i pizzę, dlatego raz w tygodniu wrzucamy ich fotki na insta, opatrując je hasztagami #OdJutraDieta #Ojejojej #BędęTakaGruba #Heheszki, ale zapamiętajcie drugą zasadę przypału cioci Fab (pierwszą podam Wam przy okazji):

Jeśli nie wstydzisz się powiedzieć tego na głos, to nie jest prawdziwy przypał.

Otóż guilty pleasure z prawdziwego zdarzenia jest wtedy, kiedy wstydzisz się nie tylko wrzucić na insta, ale nawet patrzeć na to, co jesz. Mam więc dla Was trzy słowa:

Chleb. Z. Musztardą.

6. Kardashianowie

Owszem, wspominałam coś w punkcie pierwszym, ale nie powiedziałam Wam całej prawdy. Otóż musicie wiedzieć, że kocham Kim Kardashian. Miłością prawdziwą, głęboką i toksyczną. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Obserwuję ją na insta. Śledzę ją na fejsie. Oglądam jej reality show. Ściągnęłam jej apkę. Ściągnęłabym też kimoji, ale wtedy wszyscy by się dowiedzieli, że jestem nienormalna, a tak mogę ściemniać, że ojej, samo mi się otworzyło, nie, nie wiem, kim jest ta pani, oczywiście, że za to nie zapłaciłam, chyba oszalałeś. Tymczasem, niestety, mamo, wybacz mi, ale Kim Kardashian fascynuje mnie i zachwyca. Typiara zbudowała imperium na własnej dupie. Szanuję ten skill – wielu próbowało i żodyn nie zrobił tego tak dobrze. ŻODYN.

źr.: sobadsogood.com

źr.: sobadsogood.com

7.Programy o ślubach

To wszystko jednak wymięka przy moim absolutnym faworycie w kategorii: programach o ślubach na TLC. Łykam je jak leci i lubuję się w formułowaniu merytorycznych uwag, typu „Jezus Maria, jak można wydać dwanaście tysięcy dolarów na jedną kieckę?!”, tudzież „ten gorset ją pogrubia”, tylko po to, żeby obrzydliwie popłakać się w momencie, kiedy strojna w taftę i koronki przyszła panna młoda wypowie sakramentalne „I’m saying yes to the dress!”.

No, to wyrzuciłam to z siebie. To teraz dorzućcie do katalogu przypałów swoje małe grzeszki, a ja lecę hajcować w kominku, bo pora na Felliniego. Znaczy się TLC. Wiecie, miałam ciężki dzień…

Love,

Fab

 

fot. charlottemorrall / flickr