Mało co wkurza mnie tak, jak WOŚP

22 stycznia 2018

Walcz o siebie, dziewczyno! Oto 3 kobiety, których powinnaś posłuchać

22 stycznia 2018

Dlaczego tu nie ma klamek?! Czyli cała prawda o zdalnej pracy z dzieckiem

22 stycznia 2018
malo-co
triviaday
dlaczego-tu-nie-ma-klamek_

1:30

Najpierw słyszę suchy kaszel zza ściany, ale dopiero rozpaczliwe „mamusiu, jestem chory!” ostatecznie zrywa mnie z ciepłej plaży, na której tej nocy umieściła mnie moja miłościwa podświadomość. Tak jakby niespodziewane pobudki nie mogły mi się przytrafiać, kiedy śnią mi się węże, rozgotowany makaron, rajstopy w butach bez palców albo inne koszmary… W każdym razie: wstaję. Dziedzic smarka, dusi się, płacze, w dodatku jest tak rozgrzany, że przez ułamek sekundy przypominam sobie o tropikalnej plaży, na której jeszcze przed chwilą byłam.

O szóstej rano muszę być w redakcji na porannym dyżurze. Już wiem, że nie ma na to szans. Tak samo jak na znalezienie zastępstwa w środku nocy. Nie mam wyjścia. Czeka mnie zło w najczystszej postaci.

HOME. OFFICE.

6:00

Pierwsze półtorej godziny przebiega relatywnie nieźle. Jak na kogoś, kto do czwartej nad ranem tulił płaczące dziecko i biegał w poszukiwaniu rozmaitych pluszaków, których w danym momencie życzył sobie zrozpaczony Dziedzic, jestem zaskakująco produktywna. Pyk pyk, pan minister powiedział, że cośtam, ale inny pan minister się z nim nie zgadza. Mieszkańcy miasta jakiegośtam się nie zgadzają na budowę czegośtam, bo cośtam. Pyk pyk. Doskonale. To jeszcze sobie spiszę wywiad, wybiorę zdjęcia i…

WTEM!

Wchodzi on. Cały na czerwono, bo z gorączką. I rzecze uroczyście:

– Mamusiu, jus się wyspałem.

Jeszcze się łudzę, że sprawa nie jest przegrana. Że uda się bez ofiar. Że młody po prostu weźmie klocki i jakoś to będzie.

Tulę na powitanie. Daję lekarstwa. Pytam, co zje. Mówi, że nic. Klasyka gatunku. No, dobra, to baw się ładnie, młodzieńcze, bo tak się składa, że minister Łapiński wypowiedział się na temat neonazistów, a neonaziści to są tacy bardzo niegrzeczni ludzie i mamusia musi napisać, że nu-nu-nu.

- Nie idziemy do pseckola? – pyta Dziedzic.

- Nie, dziś zostajesz z mamusią w domu – mówię znad tekstu.

- Z mamusią w domu? Dlacego? – dziwi się.

„- To rzecz straszna, ale i śmieszna, wbrew pozorom – skomentował rzecznik Prezydenta. – Gdyby to nie było straszne, byłoby śmieszne, ale niestety przede wszystkim jest straszne…”

- Maaaaaaaaamo!

- Słucham?

- Socek!

- Poproś pełnym zdaniem.

- Soooooocek.

- Poproś pełnym…

- Sooooooooooocek!

„Gdyby to nie było straszne, byłoby śmieszne, ale niestety przede wszystkim jest…”

- Poprose socek, mamo!

Wstaję więc. Poprosił, pełna kultura. Idę po soczek.

Dobra, jak to szło?

„Gdyby to nie było straszne, byłoby śmieszne, ale niestety przede wszystkim jest straszne” – nic nie przekręciłam? Czy to zdanie ma sens? Jeszcze raz, od początku…

- Mamo, zobac, klocki!

- Widzę, synku. Zaraz będziemy układać, teraz muszę popracować.

- Ale maaaaamo – mówi Dziedzic najsłodszym ze swoich głosików. – Rób ze mną klocki, PROSĘ, PROSĘ!

Patrzę na zegarek. Jasna cholera, jak to 8:10?! Kiedy zgubiłam 40 minut?!

10:00

Na blacie obok płyty indukcyjnej stoi mój laptop. Pod moimi stopami walają się puzzle i zabawkowy zestaw małego lekarza. Patelnia już prawie osiągnęła idealną temperaturę. Gdzieś w Polsce Piotr Duda żąda wolnych niedziel dla kolejnych grup zawodowych. Bardzo to szanuję, naprawdę, ale niestety, kiedy chore dziecko chce naleśników, to idziesz robić mu naleśniki, okej?

Wylewam ciasto na skwierczącą patelnię.

- Scekoladom, mamusiu! – rzecze syn.

- Z czekoladą, synusiu! – odpowiadam.

„- Chcemy, aby przepisy były skonstruowane w ten sposób, że w razie kontroli Państwowa Inspekcja Pracy nie będzie miała wątpliwości co do tego, że dana firma obchodzi ustawowe ograniczenia – powiedział prezydent Duda”. Coś mi nie gra w tym zdaniu. Jeszcze raz…

- Scekoladom, mamusiu? Robis scekoladom naleśniki? – chce wiedzieć syn.

- Z czekoladą – odpowiadam mechanicznie. Jeszcze raz, coś mi tu nie pasuje… Cholera, nie potrafię się skupić. Zaczynam odczuwać skutki zarwanej nocy, a Dziedzic walący drewnianym młotkiem w podłogę i upewniający się bezustannie, czy naleśniki na pewno będą z czekoladą, raczej nie stymuluje mojej koncentracji. Przewracam naleśnik na drugą stronę.

„- Chcemy, aby przepisy”

- Mamusiu, znowu mi leci z noska katarek! – wstrzymuję oddech. Idę wytrzeć nosek. Wracam do komputera. „Chcemy, aby przepisy”… Ojej, naleśnik gotowy. Zrzucam go z patelni. Smaruję ekologicznym, wegańskim kremem czekoladowym. Może młody się nie kapnie, że to nie nutella na oleju palmowym i cukrze. Nie żebym nie lubiła nutelli. Kocham nutellę. Po prostu się skończyła.

- Pysne, mamusiu! – rozpromienia się Dziedzic. Chwała niebiosom. Idę smażyć dalej.

- Mamo, ja sce tablet – informuje mnie jego wysokość pięć sekund później. Gdyby tylko wiedział, jak bardzo chcę dać mu tablet. Włączyć „Świnkę Peppę” i mieć święty spokój. Ale nie. Będę twarda. Zasady to zasady. Żadnego tabletu poza weekendami. Żadnych bajek poza wieczorynką. Uporam się z tym tekstem i wrócimy do puzzli.

SŁODKI JEZU Z NUTELLĄ, WIEM! Piotr Duda, nie prezydent Duda! Wiedziałam, że coś tu nie gra! Poprawiam. Wysyłam do producenta. Jeszcze tylko cztery godziny. Dam radę.

11:15

- Czytałaś maila od księgowej? – pyta Halinka.

- Nie, ale prawie nauczyłam mojego syna smarkać – odpowiadam zgodnie z prawdą.

- To przeczytaj, pilna sprawa – rzecze ona. Odkładam miskę z pokrojonym jabłkiem na stół i wstaję.

Otwieram pocztę.

ŁUP! – słyszę trzask tłuczonego szkła.

- Mamusiu, pseprasam… – mówi Dziedzic. Na podłodze leżą żałosne resztki miski wymieszane z kawałkami jabłka.

13:00

Fakturki, mejliki, wypakowana zmywarka, pościelone łóżko. Nawet kawę sobie strzeliłam i piję. Ciepłą. Niesamowite. Sprawdzę ostatni tekst i wreszcie pójdę pod prysznic.

- Mamusiu! – woła Dziedzic. – Psynieś kabelek!

Podbiegam ze śmiercią w oczach i wpinam ładowarkę do tabletu. Mało brakowało, prawie się wyładował w połowie „Świnki Peppy”!

14:00

Leżymy. On, bo pora drzemki. Ja, bo pora umierać.

- Mamusiu? – zagaja ziomek, skąpany w pluszowych misiach, żabach i chusteczkach do nosa.

- Co tam? – mruczę, półżywa.

- Lubię zostać z mamusią w domku – odpowiada on. – Jutro tes nie będzie pseckola!

  • kasza_b

    Wróciła <3 Czy ktoś pamięta moje hasło z disquss bo ja nie?

    • Niestety nie :D Miło Cię tu widzieć!

  • Nieśmiało dodam, że praca zdalna moja i chłopa równocześnie, w jednej chałupie wygląda pi razy oko podobnie, tyle że sami robimy klocki :P

  • Joanna B.

    oooo czy to o mnie? :) Zdecydowanie byłaś u mnie w domu. Pocieszające, że nie tylko u mnie to tak wygląda.

  • Ania z szumiących internetów

    Aż chyba założę konto na disqus. Speszjali for ju! <3 no i dla Dziedzica, który jest jak na razie jedynym dzieckiem które darzę sympatią :D
    Tyle radości, że wróciłaś… to będzie dobry rok!

  • Jej, jak ja to znam!!
    Obecnie na stanie tylko niemowlak, dwoje starszych w przedszkolu, ale w zeszłym tygodniu miałam całą trójkę dla siebie i sporo pracy :D a mąż na szkoleniu czterodniowym…;)

  • Natalia

    Oboje z mężem pracujemy z domu.
    Dzieci już to wiedzą i codziennie chcą zostać z nami…
    A choroba- nooo tak, młodszy od września, raz w miesiącu minimum tydzień choroby. Standardzik, mamo jogurt, mamo lego, mamo ja chce bulkęeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee :D

  • Agnieszka Jakowicz-Jurkiewicz

    Dziewczyny, o co ten lament i utyskiwania? Przecież „nie My pierwsze i nie ostatnie..”. To ulubiona konstatacja mojej mamy, która ma stanowić antidotum na chwile mojego zwątpienia w to, czy uda mi się pogodzić doktorat, aplikację i pracę zawodową z rolą mamy i żony, czy też zmęczenie po kolejnej nieprzespanej nocy. Intencje pewnie dobre, tylko czy matczyne pocieszenie zamiast balsamu dla duszy nie staje się przypadkiem solą zaaplikowaną wprost na otwartą ranę? „My też tak miałyśmy, a nie było pampersów, pralek, w ogóle niczego nie było..”. Zgadza się!! Nie było też wygórowanych oczekiwań wobec nas kobiet.. W czasach, kiedy nasze mamy stawiały pierwsze kroki w dorosłość jako żony i matki, fakt bycia żoną przy mężu, pilnującą by płomień domowego ogniska nie zgasł, był niemalże nobilitacja i świadczył o statusie społecznym. „Heniek to musi dobrze zarabiać skoro jego Ania siedzi w domu i bawi dzieci..” – mawiały niejednokrotnie z nutką zazdrości w głosie nasze mamy i ciotki. Teraz mogłybyśmy sparafrazować to zdanie w następujący sposób: „Słyszałaś o Ance od Heńka? Siedzi w domu z tymi dzieciakami jak typowa kura domowa. Jak można w ogóle nie mieć ambicji..”. No właśnie.. To jedno słowo AMBICJA jest najczęściej początkiem naszego kobiecego końca. Nie mówię o tej zdrowej, normalnej. Pytanie czy taka w ogóle istnieje.. My musimy być przecież perfekcyjne na każdym polu i w każdym calu, i co gorsza robimy to najczęściej nie dla siebie, nie dla naszych mężów, partnerów, ale, o ironio, dla innych kobiet, by zyskać ich uznanie, podziw lub zwyczajnie wzbudzić zazdrość. Dziś mamy mieć doktorat, świetną pracę, zarabiać tyle by było nas stać na dobrej jakości ciuchy (obowiązkowa w tym sezonie parka z futrzanym kapturem), doczepiane rzęsy i hybrydowy manicure (nie jestem w temacie, ale chyba nadal jest na topie), nienagannie prowadzić dom urządzony zgodnie z najnowszymi trendami, przygotowywać zdrowe i urozmaicone posiłki, zgodnie z filozofią slow food (w tym hit ostatnich miesięcy—smoothie z jarmużem) , mieć zadbane i w pełni „zaopiekowane” (oczywiście przez nas same) dziecko, któremu poświęcamy 100% naszej uwagi wymyślając gry i zabawy aktywizujące obie półkule mózgu (bo „szkoda dać go do żłobka.. „), dbać o męża i wspierać go w jego karierze, chodzić na siłownię, zumbę i regularnie brać udział w maratonach i triathlonach (bo przecież „wszyscy biegają”), być na bieżąco, a najlepiej uczestniczyć w lokalnych wydarzeniach kulturalnych, no i obowiązkowo czytać bestsellery Empiku, w tym poradniki na temat wychowywania dzieci, żeby nie wyjść na ignorantkę podczas spotkań z innymi mamami. To z grubsza tyle. Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my same? A któż to wie.. Nieważne. Ważne, że weszłyśmy w rolę i próbujemy ogarnąć 10, 15, 20 kreacji jednocześnie. A zatem kochana mamo rzeczywiście nie My pierwsze, oby jednak ostatnie, bo nie chcę takiej rzeczywistości dla naszych córek.

  • Kasia Goch

    Jakbym czytała o sobie… :D