NAJBARDZIEJ PRZYPAŁOWE GUILTY PLEASURES

6 czerwca 2016

Dlaczego tu nie ma klamek?! Czyli cała prawda o zdalnej pracy z dzieckiem

22 stycznia 2018

Mało co wkurza mnie tak, jak WOŚP

14 stycznia 2018

Nic na to nie poradzę: kiedy myślę o Owsiaku, przed oczami widzę rosół. Wielki gar typowo polskiego, gorącego rosołu…

Moje pierwsze wspomnienie z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy? Okolice 2000 roku, wrzuciłam do puszki 2 złote po wyjściu z kościoła. Osiemnaście lat temu, dla dziesięciolatki, 2 złote to było sporo pieniędzy. Mogłabym kupić za nie dwie paczki chipsów. A musicie wiedzieć, że to były czasy, kiedy wiele rzeczy w życiu przeliczałam na chipsy…

Wróciłam do domu z czerwonym serduszkiem, ale nie spotkałam się z zachwytem. „Tylko nie przyklejaj go na kurtkę” – usłyszałam. W mojej rodzinie zdania na temat Orkiestry były, delikatnie mówiąc, podzielone. W cieniu tego podziału mijały mi kolejne stycznie, kiedy to jedna bliska mi osoba wrzucała do skarbonki zawartość kieszeni, a druga udawała, że tego nie widzi. Jedna mówiła, że przedwcześnie urodzone dziecko znajomych uratował sprzęt ufundowany przez WOŚP, a druga czekała, aż „wreszcie ktoś się dobierze do Owsiaka”. A ja, teoretycznie rozdarta, ale jednak skłaniająca się ku opinii, że chyba jednak nie do końca w tej Orkiestrze wszystko gra, kpiącym uśmiechem kwitowałam zaangażowanie rówieśników w coroczną zbiórkę gościa w czerwonych okularach. I nigdy, przenigdy nie wrzuciłam już nic do kolorowej puszki. „Lepiej dać na Caritas” – ktoś mi kiedyś powiedział. Więc na wszelki wypadek dawałam na Caritas. Przynajmniej miałam pewność, że moje kieszonkowe nakarmią czyjś pusty żołądek, zamiast naćpać jakiegoś hippisa na Woodstocku, prawda?

Dziesięciodniowy kurs pokory

Nieco ponad rok temu niespełna dwuletni wówczas Dziedzic złapał przeziębienie. Postanowiłam uleczyć go jedynym znanym mi niezawodnym lekiem na zło tego świata, czyli, sprawa jest oczywista, ROSOŁEM. Niech miarą mej troski będzie, że mimo swego zakorzenionego głęboko wegetarianizmu, własnoręcznie oskubałam resztki piór z ekologicznego kurczaka, żeby potem przez 4 długie godziny wygotowywać z niego całą leczniczą moc, tworząc Rosół Mocy. Po misji zakończonej sukcesem postanowiłam przelać go przez sito, żeby pozbyć się resztek szumowin i innych, przerażających dla wegetarianki, atrakcji. A wtedy podbiegł do mnie Dziedzic. I jednym, szybkim ruchem zsunął na siebie dziesięciolitrowy gar pełen wrzącego wywaru. Jakim cudem wylał go tylko na swoje nogi? Nadal nie wiem. Nadal za to dziękuję.

Skarpetki zdjęłam z niego razem ze skórą.

Lekarze dali nam i sobie dziesięć dni, żeby rozstrzygnąć, czy będzie potrzebny przeszczep skóry. Dziesięć długich dni, wypełnionych zastrzykami z morfiny, bólem i przerażeniem. Dziesięć nieznośnych nocy obok łóżeczka mojego syna na podłodze w szpitalu. A wszędzie wokół te cholerne serduszka. Na łóżkach, na sprzętach, na ścianach, na lampach. Na teczce pielęgniarki. Na biurku oddziałowej. Na fartuchu salowej. W naszej sali i w pokoju zabiegowym. Niektóre tylko dlatego, że ktoś postanowił je tam nakleić. Ale większość dlatego, że oznaczony nimi został sprzęt, który ufundowała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.

Każda matka, której dziecko walczyło o życie lub zdrowie w polskim szpitalu powie Wam to, co ja: ten sprzęt jest wszędzie.

I wiecie co? Strasznie mnie to wkurza.

Wkurza mnie to, że żyję w kraju, w którym na sprzęt do ratowania życia dzieci musi zrzucać się cały naród, bo ludzie, którzy powinni o to zadbać, są zbyt zajęci wojną swoich plemion i fotografowaniem się w źle skrojonych garniturach i garsonkach na tle logotypów swoich partii. To nie tak powinno działać. Jurek Owsiak nie powinien być nam potrzebny. Tymczasem od nieco ponad roku zastanawiam się, jak leczony by był mój syn, gdyby nie to, że jakiemuś dziennikarzowi z Trójmiasta od 26 lat chce się organizować zbiórkę na łóżka szpitalne, wózki inwalidzkie i inkubatory.

Wkurza mnie to, że moi sąsiedzi, krewni, znajomi i nieznajomi zamiast zaangażować się w tę zbiórkę lub ją przemilczeć, pozwalają, żeby udział w niej przypisywał ich do któregoś z tych plemion. Topór podziału każdego roku na nowo rozrąbuje nas na dwa wrogie obozy. Możesz być lewakiem lub prawdziwym patriotą. Bohaterem-filantropem lub kanalią bez serca. A wszystko to za 2 złote. Albo mniej. Albo więcej. Nieważne. Ważne, że zajęcie stanowiska wobec fundacji, która zbiera pieniądze na sprzęt medyczny jest równoznaczne z określeniem swojego stosunku do Lecha Wałęsy, Smoleńska, reformy sądownictwa, związków partnerskich, majonezu kieleckiego, ryżu w pomidorowej i zdolności aktorskich Stevena Seagala. No żesz jasna cholera.

Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie, czy Jurek Owsiak zatrudnia u siebie żonę, córkę, bratanka, szwagra i stryja. Czy połowę zebranych pieniędzy przelewa na tajne konto w Zurychu, jeździ nowym Lambo i przepłaca za otręby w Piotrze i Pawle. Czy jest synem milicjanta, rosyjskiego szpiega, nauczyciela plastyki czy Gandhiego. Czy w wolnych chwilach słucha Czajkowskiego czy Gosi Andrzejewicz. Wiecie dlaczego? Bo za każdym razem, kiedy o nim myślę, przed oczami widzę rosół. Wielki gar typowo polskiego, gorącego rosołu. I ratownika mówiącego mi, że gdyby ten rosół nie był na mięsie, to obrażenia nie byłyby tak poważne, bo to wszystko przez ten gorący tłuszcz…

I tylko jedną rzecz bym w całym tym szaleństwie zmieniła. Światełko do nieba, przez które mój kot prawie dostał kiedyś zawału. Wiecie, strasznie mnie to wkurza. Ale nie można mieć wszystkiego…