Walcz o siebie, dziewczyno! Oto 3 kobiety, których powinnaś posłuchać

25 stycznia 2018

10 rzeczy, które chcę zrobić przed trzydziestką

18 kwietnia 2018

Przełóż karty i pytaj, o co chcesz, czyli poszłam do wróżki

28 stycznia 2018

Halo, halo! Tylko bez pogardy mi tutaj! Pokażcie mi babski wieczór, podczas którego między kolejną flaszką wina a chipsami cebulowymi, nie padłoby sakramentalne „kurcze, poszłabym do wróżki”. Spokojnie. Poczekam.

Nie inaczej było u nas. Seanse oglądania „Szkoły uczuć”, otwierania wina szydełkiem i robienia horoskopów z Bravo, z czasem, jak zdobywałyśmy kolejne stopnie życiowego ogarnięcia, więc rosły nam IQ i stan konta, przeszło w kartkowanie najnowszego „Przekroju” i zapijanie sushi w tempurze schłodzonym prosecco. A i tak prędzej czy później któraś z nas odkrywała przed resztą swoją wewnętrzną szesnastolatkę i wypluwała z siebie:

– Laski, mam już dość, serio. Nie wiem, o co chodzi w moim życiu. Muszę iść do wróżki.

Ewentualnie, jak w przypadku Grażynki zimą ubiegłego roku:

– Laski, on mi się oświadczył, ale ja go chyba już nie kocham. Muszę iść do wróżki.

Ta niepoczytalność była jak puchar przechodni. Dlatego dotychczas, ilekroć któraś z nas nakręciła się na tyle poważnie, że zaczynała googlać „tarot Śląsk”, reszta natychmiast trzeźwiała i przechodziła do procesu naprawy szkód:

– Uspokój się, to zwykła ściema!

– To tylko wyciąganie pieniędzy, wiesz o tym. Nie wolisz kupić za ten hajs wina?

– Kobieto, przecież to nie ma sensu, one są świetnymi manipulatorkami. Wszystko wyczytują z twojej twarzy i mówią ci to, co chcesz usłyszeć!

– Przypominam, że Kościół to potępia i pójdziesz do piekła.

Ale tym razem było inaczej. Tym razem Halinka i ja obie byłyśmy na zakręcie. Obie miałyśmy naprawdę dość. I obie szukałyśmy jakiegokolwiek drogowskazu. Halinka mnie nie wyśmiała, a ja nie wyśmiałam jej. Spojrzałyśmy na siebie z determinacją właściwą tylko prawdziwej desperacji.

A następnego dnia wysłała mi smsa o treści:

„Umówiłam nas na wtorek do wróżki”.

Wróżka Mariolka

Wróżka Mariolka z Sosnowca w kręgach wtajemniczonych nazywana była prawdziwym lamborghini wśród tarocistek. Ale nie ze względu na cenę usług, tylko raczej na to, że była najlepsza, szybko docierała do celu i była tak dziwna, że aż fascynująca. Jej gabinet, zlokalizowany malowniczo w starym pawilonie handlowo-usługowym, między mięsnym a ortodontą, nie miał żadnego szyldu i wyglądał z zewnątrz, jakby był opuszczoną w połowie lat dziewięćdziesiątych drogerią. Ale to było tylko złudzenie. W środku gabinet wróżki Mariolki wyglądał bowiem jak opuszczona w połowie lat dziewięćdziesiątych pasmanteria.

Na ścianach poczekalni wisiały buro-zielonkawe makatki z muliny, przedstawiające różne odmiany drzew iglastych oraz samców zwierząt z rodziny jeleniowatych. Wzdłuż ścian ustawiono niepasujące do siebie krzesła we wszystkich odcieniach musztardy, a obok pieca stał niepewnie lakierowany na wysoki połysk wiśniowy stolik, na którym wyeksponowano dumnie dziergany obrus w kolorze ecru (idę o zakład, że kiedyś był biały), litrowy słoik po ogórkach kiszonych pełen kolorowych guzików, dwie muszle oraz wszystkie wydania „Życia na gorąco”, jakie ukazały się między rokiem 1994 a 2003.

Oczywiście, żeby zwrócić uwagę na wszystkie te szczegóły, trzeba było:

a) przyzwyczaić się do panującego w pomieszczeniu półmroku;

b) zignorować kolejkę, liczącą na oko jakieś dwanaście osób.

– Ej, Halinka, czy my przypadkiem nie byłyśmy umówione dokładnie na 11:20? – zapytałam więc zdezorientowana.

– A owszem, coś tu nie gra – przyznała skonfudowana Halinka. – Przepraszam panie, na którą godzinę były panie umówione?

Zanim jednak ktokolwiek zdążył odpowiedzieć na to pytanie, otworzyły się białe drzwi z pomarańczową szybą i oczom naszym ukazała się skonstruowana z dużej ilości frędzlowanych koców, czarnych loków i bordowego sztruksu postać.

– Witam was, dziewczyny. Mamy lekki poślizg, bo wiele osób potrzebowało dziś pogłębionej rozmowy – powiedziała postać, a zza jej pleców wyłoniła się młoda dziewczyna w air maksach, po czym wymruczała szybkie „do widzenia” i zwiała. – Jeśli macie co robić, to idźcie zająć się swoimi sprawami i wróćcie za trzy godziny.

Mówię Wam, to był znak. Powinnyśmy były stamtąd zwiać i nie wrócić. A my zwiałyśmy i wróciłyśmy. Wariatki.

Po obiedzie, na który pojechałyśmy z synem Halinki, Andżejkiem Dżuniorkiem, weszłyśmy dokładnie w momencie, w którym ostatnia klientka opuszczała mistyczną kanciapę Królowej Włóczki.

– Idź pierwsza, co? – wymamrotała pod nosem przerażona Halinka, robiąc mimowolnie krok w tył.

– Ok, ale uprzedzam, że jeśli cię tu nie będzie, kiedy skończę, to wpuszczę do internetu filmik z twoich urodzin, na którym…

– Dobra, dobra, spokojnie! – przerwała mi Halinka i siadła na musztardowym relikcie PRL-u, po czym sięgnęła po „Życie na gorąco” z Izabelą Trojanowską na okładce. Weszłam do gabinetu wróżki Mariolki i zamknęłam za sobą drzwi.

Czyli zdążyłam?

– Usiądź nie krzyżując nóg i przełóż karty prawą dłonią – powiedziała wróżka Mariolka, wyplątując włosy spomiędzy frędzli swojej koconarzuty. – Czy masz jakieś konkretne pytania, na które chciałabyś poznać odpowiedź?

– Nieee, chyba nie – skłamałam, wychodząc z założenia, że jeśli jest takim wymiataczem, jak mówią, to powinna sama wiedzieć, dlaczego nie śpię po nocach. Spojrzałam na karty, które położyła przede mną na biurku i zdębiałam. Czy wróżka Mariolka miała świadomość, że jej karty były… puste? Przede mną leżała sterta mocno sfatygowanych, pożółkłych kartoników, ale na żadnym z nich nie było najmniejszego symbolu, obrazka, cyfry, litery, kucyka Pony ani haseł do „Taboo”. Niewidzialny tarot. Niezły psychiatryk. Przełożyłam karty prawą dłonią.

– Okej… – zaczęła wróżka Mariolka, wpatrując się w puste karty. – Widzę rozłąkę. Twoi rodzice nie mieszkają w Polsce, nie? – zapytała i rzuciła mi kontrolne spojrzenie. – Widzę ich daleko stąd… Kanada? Stany?

– Stany – odparłam, usiłując powstrzymać wytrzeszcz.

– Długo ich nie widziałaś, co? I jeszcze długo nie zobaczysz, ale potem do nich pojedziesz. Oni tu nie wrócą, od razu uprzedzam – zastrzegła z zaskakującą stanowczością. – Ile lat ma twój syn? Malutki jest, nie skończył jeszcze trzech, prawda? – zapytała nagle. – Imię ma na M albo na N. Fajny jest, ale kiedyś będzie ci strasznie pyskował, nie pozwól się temu rozkręcić – powiedziała, nie odklejając wzroku od niewidzialnych kart. Rozejrzałam się kontrolnie po pomieszczeniu w poszukiwaniu ukrytych kamer. – A ty bądź ostrożna. W ciągu następnego roku pozna cię cała Polska, to nie będzie łatwe do zniesienia. A poza tym, dwa razy wylądujesz w szpitalu, w tym raz będziesz miała operację jamy brzusznej. Chorujesz na coś?

– Nie – wydusiłam z siebie.

– To dobrze, ale uważaj na siebie, bo zaczniesz – rzuciła. – A powiedz mi… Masz jakąś przyjaciółkę, której imię zaczyna się na G? Grażynkę, Gabrysię…

– Grażynkę – powiedziałam niepewnie.

– A wzięła już ten ślub czy jeszcze nie? – zapytała.

– Nie! – wykrzyknęłam, tracąc resztki opanowania.

– Czyli zdążyłam! Całe szczęście! – ucieszyła się, odgarniając włosy z twarzy. – Zrób, co możesz, żeby go nie wzięła. Ona tego gościa nie kocha.

W ciągu następnych dwudziestu minut wróżka Mariolka podsumowała całe moje życie uczuciowe i zawodowe, dokładnie opisała sytuację, w której się znalazłam i przedstawiła, co mnie czeka, w zależności od tego, jak się zachowam. Części rzeczy, które do mnie nie mówiła, nie rozumiałam. Miałam je zrozumieć dopiero tygodnie, miesiące później… Kiedy wręczałam jej honorarium za czytanie z pustych kart, dwa razy musiałam wytrzeć dłonie w spodnie, żeby nie rozmoczyć pieniędzy.

Opuściwszy kanciapę, minęłam wystraszoną Halinkę bez słowa, osunęłam się bezdźwięcznie po lamperii na krzesło w pustej poczekalni i wzięłam do ręki „Życie na gorąco”, zalotnie wołające z okładki, że „Michał Wiśniewski się ożenił! Wyjątkowe zdjęcia z lodowej ceremonii w Kirunie w Szwecji”.

Co tu się właściwie wydarzyło? Co mi odwaliło, że tu przyszłam? Przecież to było przerażające! Próbowałam znaleźć lukę w systemie. Wizytę umawiała Halinka. Nie podawała naszych imion, a wróżka Mariolka o nie nie spytała. Nie wiedziała o nas nic. Nie miała żadnych danych, więc nie mogła nas sprawdzić. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej byłam wystraszona. „Nigdy więcej” – obiecałam sobie. I postanowiłam wygooglać „egzorcyzmy Śląsk”.

Dwadzieścia minut później, drzwi dzielące mnie od najbardziej przerażającej kobiety na świecie otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Halinka wyszła z szerokim uśmiechem na twarzy, po czym dała mi skinieniem głowy znak do wyjścia, ignorując moje wyczekujące spojrzenie. I dopiero kiedy oddaliłyśmy się na bezpieczną odległość, spojrzała na mnie i z autentycznym rozbawieniem rzuciła:

– Najpierw powiedziała mi, że umrę bezdzietna, a potem powiedziała, że przede mną kariera w służbie zdrowia. Straszna ściema z tą wróżką, nie?