LUMBERSEKSUALNI – MĘŻCZYŹNI O WYSOKIEJ ZAWARTOŚCI DREWNA

18 listopada 2014

6 LAT DO ZAGŁADY

20 listopada 2014

ŁAZIENKA ŚMIERCI

19 listopada 2014

Mniejsza o lekarzy, położne i rady babć: nowoczesna ciężarówka stawia na samodzielne douczanie. Medycyna idzie do przodu każdego dnia, chcę więc mieć pewność, że zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby sprowadzić na ten świat zdrowego człowieka. Zaczynając proces dokształcania, nie zdaję sobie jednak sprawy, co mnie czeka.

To wygląda tak: kupuję poradnik i już w okolicach trzeciej strony dowiaduję się, że odkąd jestem w ciąży, wszystko, co robię, ma wpływ na mojego syna. Mój błyszczyk może być dla niego biletem do autyzmu. Mój lakier do paznokci może wywołać raka prostaty, gdy będzie miał 30 lat. Mój proszek do prania może sprawić, że będzie słuchać One Direction. Nie mogę do tego dopuścić. Muszę działać.


Higiena


Wchodzę pod prysznic i chwytam za butelkę z żelem. Studiując skład, dowiaduję się, że zawiera on SLS i SLeS, czyli detergenty myjące i odtłuszczające. Sprawdzam w książce, co to znaczy. Czytam, że detergenty owe zostały zesłane na ziemię przez demony zła, aby przenikać przez skórę do krwi, uszkodzić układ nerwowy i odpornościowy mój i mojego syna, a przede wszystkim, niszczyć nasz materiał genetyczny. Drżącymi dłońmi odkładam butelkę. Żegnaj, limonko! Postanawiam umyć się peelingiem. Czytam jego skład i znajduję kwas salicylowy. Strona siedemnasta mówi wyraźnie: szkodliwy dla płodu, silnie rakotwórczy. Jak ja mogłam żyć tyle lat w nieświadomości?! Nigdy więcej złuszczania! Polewam się wodą i postanawiam kupić szare mydło.

Sięgam po szampon do włosów. Z etykiety dowiaduję się, że nie tylko jest bogaty w SLS i SLeS, ale i silikony. Kilka minut później już wiem, że silikony nabudowują się na włosach i skórze głowy, bo są odporne na spłukiwanie, w konsekwencji powodując łysienie, łupież oraz zaburzenia rozwoju płodu. Innymi słowy: przez ostatnie ćwierćwiecze igrałam z ogniem. To cud, że jeszcze żyję. Moczę włosy, gładzę je dłonią i grzęznę w kołtunach. Zastanawiam się, czy włosy do pasa da się umyć szarym mydłem. Rozważam fryzurę na młodego Fleszara.

Idę umyć zęby. Niestety, odkrywam, że pasta zawiera SLS. Postanawiam umyć je suchą szczoteczką i odświeżyć potem płynem do płukania ust. Zmieniam swoje postanowienie minutę później, odkrywszy, że jego skład jest bogaty w fluor, który jest toksyczny dla płodu i może opóźniać jego rozwój. Nie mogę sobie pozwolić na takie ryzyko. Przegryzam plasterek cytryny i ocieram łzę z policzka.

Pielęgnacja


Pora na krem do twarzy. 20 upojnych sekund z łaciną i już wiem, że zawiera on parabeny. „Czym są parabeny?” – pytam swój poradnik. „Silnie estrogenne i rakotwórcze substancje” – odpowiada on życzliwie. – „Przenikają do twojego mleka oraz do samego płodu, magazynują się w jego ciele, żeby wreszcie za parę lat znaleźć ujście w postaci nowotworu wszystkiego”. „Czyli 9 miesięcy bez ochrony przeciwzmarszczkowej?” – pytam poradnik z trwogą. „Liczy się wewnętrzne piękno” – odpowiada uspokajająco on.

Całe szczęście, że mój balsam do ciała jest atestowanym produktem antyrozstępowym za miliony monet. I w dodatku ładnie pachnie. Jestem bezpieczna. Chociaż nie. Triclosan. Parafina. Rak skóry. Rak błon śluzowych. Zakazane w ciąży i podczas laktacji. Czyli że będę nie tylko niedomyta, ale i w prążki? Ale ja nie chcę! Nie jestem Mojżeszem, nie lubię, jak mi się coś rozstępuje! Na szczęście, jest ratunek. Poradnik rekomenduje olej arganowy. Albo olej migdałowy. Albo olej z makadamii. Ogólnie: olej. W domu mam tylko rzepakowy. Poradnik daje zielone światło. Trochę mi tłusto. Spoko, przynajmniej skóra będzie mi pasować do włosów.

Wyciągam dezodorant. Umówmy się: umyłam się wodą, może się przydać. Czytam skład. Znajduję nie tylko parabeny, ale i ftalany. Poradnik grzmi jak nigdzie wcześniej: „embriotoksyczne! Wnikają do mleka matki oraz płodu! Uszkadzają komórki nadnerczy! Wyrzuć to!”. Wyrzucam. Postanawiam przejąć strategię naszych barokowych pradziadków i sięgnąć po perfumy. Dużo perfum.

Dekoracja


Okazuje się, że nasi barokowi pradziadkowie byli samobójcami. Odkładam butelkę szybciej, niż zdążyłam ją złapać i myję ręce, odkrywszy, że piżmo, które się znajduje w perfumach, magazynuje się w tkance tłuszczowej, żeby wywołać w biednym dziecięciu alergię na mleko, cytrusy, czekoladę, nikiel, wodę, ziemię, powietrze i Kapitana Planetę. Postanawiam zjeść dużo czosnku, żeby odwrócić uwagę otoczenia od stanu swojego ciała. Sekundę później, przypominam sobie, że to nie jest dobry pomysł, bo przecież mycie zębów jest igraniem ze śmiercią, więc muszę wymyślić coś innego. Może będę chodzić wszędzie z bukietem róż?

Pomartwię się tym później. Chwilowo zamieram, czytając składy swoich kosmetyków do makijażu. Przeciwutleniacze zawarte w moim fluidzie, różu i tuszu do rzęs mają za zadanie podstępnie uszkodzić moje nerki. Od lat codziennie kuszę los! Nigdy więcej! Żegnam się z różem i w zamian wymierzam sobie dwa plaskacze.

Wysuszywszy włosy, wpadam na pomysł, aby ukryć ich stan, tworząc hełm a la pin-up girl za pomocą grzebienia i lakieru do włosów. Błąd: mogłam się spodziewać, że lakier do włosów zawiera ftalany. A grzebień pewnie zrobili z ropy naftowej i teraz wszyscy umrzemy. Rzucam je z piskiem na kafelki i wybiegam z łazienki.

Zdezorientowana trzęsę się na kanapie i badawczo skanuję swoje otoczenie. Namierzam śmiercionośny krem do rąk na regale, błyszczyk zagłady na stole i kolorowe lakiery do niepełnosprawności na komodzie. Mieszkam w chemicznej jaskini zguby. Najłatwiej będzie puścić tę chatę z dymem. Moje ciało lśni od tłuszczu, włosy wyglądają jak peruka z filmów Burtona, jeden policzek jest niezdrowo różowy, drugi robi się fioletowy. Serce mi wali, oczy lśnią z przerażenia. Jesteśmy straceni. Zawiodłam jako matka. Łapię poradnik, żeby się uspokoić. „Co robić?” – krzyczę. – „Ratuj, bo zwariuję!”. „Dbaj o siebie” – rzecze on.