PRIORYTETY

2 listopada 2014

JAK ŻRYĆ?!

4 listopada 2014

BEZPIECZNE MARZENIA

3 listopada 2014

 

– Kiedyś zostanę projektantką – powiedziała nagle, gdy kończyłyśmy drugą butelkę wina.
– Projektantką? Mody? – zapytałam zaskoczona. Nie chodziło o to, że mi to do niej nie pasowało, bo pasowało bardziej, niż prawo, które właśnie kończyła. Po prostu równie dobrze mogłaby oświadczyć, że rzuca studia, żeby jeździć po świecie za Iron Maiden.
– Tak. Zawsze to kochałam i o tym marzyłam. Prędzej czy później pójdę w tym kierunku, to nieuniknione – odparła, wkręcając korkociąg w trzecią butelkę.

Wszyscy jesteśmy restauratorami


Podobno każdy człowiek uważa, że jest inteligentny i ma świetne poczucie humoru. Myślę, że przede wszystkim każdy uważa, że w swoim życiu dopiero się rozkręca, bo ma marzenia, które w końcu spełni, tylko jeszcze nie teraz. Żyje sobie w tym mieszkaniu na kredyt, ze znienawidzoną pracą, bo kredyt, w wolnych chwilach oglądając jeden z siedmiu Top Master Cook Szef Kiczenów, bo jest zbyt zmęczony na hobby. Ale to jest tylko przejściowe! Ma słabszy miesiąc. Albo rok. Powiedzmy: okres. Gdy ktoś zapyta go o pasje, okazuje się bowiem, że uwielbia czytać (zwłaszcza gazetkę z Lidla), kręcą go stare samochody (w końcu pod blokiem stoi 15-letnia vectra), a wolny czuje się tylko w górach (choć ostatnio był w górach na Sylwestra i w sumie wyjechał tylko na Równicę vectrą, żeby zjeść żurek w chlebie Pod Czarcim Kopytem).

Jeszcze lepiej jest, jak się napijecie. O, stary! Jaki on ma potencjał! Przede wszystkim, ma za sobą takie przeżycia, że gdyby tylko miał czas, żeby to spisać, stworzyłby bestseller. A potem na podstawie tego bestsellera w holiłódach by nakręcili film z Clooneyem i Jolie, a on by żył do końca życia jak król, hehe. Przy drugiej flaszce dowiadujemy się, że gdyby tylko miał luźne 200 tysięcy, natychmiast otworzyłby restaurację. Nie, nie wie nic o prowadzeniu restauracji, ale kocha gotować i robi to prawie profesjonalnie, a już na pewno potrafi zawodowo jeść. To jest jego największe marzenie: taka mała knajpka, świeże, niedrogie żarcie, dobre piwo z Czech, dużo drewna i kraty, lampki z Ikei. Przy trzeciej flaszce pada wreszcie sakramentalne „a może walnąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady?”.

Syndrom Hecklesa


Jasne, że nie wyjedzie. Gdyby miał luźne 200 tysięcy, kupiłby pięcioletnie audi, zrobiłby remont mieszkania, a reszta jakoś by się rozeszła. Jak to możliwe, że ludzie żyją w taki sposób i nie roznosi ich poczucie, że marnują swój potencjał?

W serialu „Przyjaciele” była postać pana Hecklesa. Bezustannie deklarował, że coś ma lub czymś się zajmuje, a złapany na kłamstwie odpowiadał, że przecież mógłby. Mógłby mieć kota lub grać na oboju, prawda? I to mu wystarczało.


Przecież sama wielokrotnie, gdy tylko czułam, że tracę czas, studiując nie to, co powinnam lub pracując nie tam, gdzie chcę, przypominałam sobie, jakie mam plany i marzenia, i natychmiast robiło mi się lepiej. Tak, jakby sam fakt, że kiedyś mogłabym być wyjątkowa, oznaczał, że już jestem. Stawałam się Hecklesem! PRZERAŻAJĄCE. Szkoda, że sama myśl o jedzeniu czekolady nigdy nie zaspokajała mojego apetytu na milkę z karmelem.

Czas przyszły dokonany

Pan Heckles stał się dla mnie symbolem zmarnowanych szans. Któregoś dnia postanowiłam przestać żyć bezpiecznymi marzeniami, niemożliwymi do spełnienia przez jakąś „siłę wyższą”. Poprawiającymi humor, ale takimi, z których realizacji nikt mnie nigdy nie rozliczy. Jasne, że to jest przerażające, bo tak długo, jak nie wcielałam ich w życie, moje pomysły pozostawały planami na odległą przyszłość, pozbawionymi ryzyka, że może kiedyś zmienią się w coś, co próbowałam zrobić, ale poległam, bo okazało się, że ssę jak Paris Hilton. Po drodze odkryłam jednak dwie zaskakujące rzeczy. Po pierwsze, tu nie chodzi o efekt finalny, tylko o samą przyjemność stawiania się tym, kim zawsze chciałam być, bez względu na to, co czeka mnie na końcu tej drogi. Po drugie, ludzi którzy robią coś ze swoim życiem jest tak niewielu, że konkurencja w drodze do sukcesu jest prawie żadna, więc to się nie może nie udać.

Spotkałam się z nią dzisiaj. Od jej płomiennej deklaracji minęło półtora roku. Zdążyła w tym czasie skończyć prawo, pójść na staż oraz… rzucić to wszystko, żeby pójść na kurs szycia, zapisać się na studia z projektowania, stworzyć pierwsze ciuchy i utwierdzić w przekonaniu, że właśnie o to chodziło od samego początku. Ale ty się nie przejmuj, ty masz jeszcze czas.