MŁODZI, PIĘKNI, SAMOJEBNI

14 lutego 2015

SUKCES NOSI ROZMIAR S

19 lutego 2015

50 TWARZY ABSURDU

15 lutego 2015
sukces nosi rozmiar S - fabjulus
50 twarzy absurdu

Mówili, że kryzys czytelnictwa, ludzie nie kupują książek, a księgarnie plajtują. I wtedy wszedł on. Cały na szaro. A kobiety oszalały. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się spotykać tylu czytelników w miejscach publicznych i środkach transportu. Czytali wszyscy i wszędzie. Łącznie z moim kolegą, który miał to, dla niepoznaki, na Kindle’u.

Z opisu wynikało, że „Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest trochę jak „Kopciuszek” dla dużych dziewczynek: bardzo bogaty książę zakochuje się w dziewczynce w ogrodniczkach i starym Beetle’u, po czym kupuje jej ładne sukienki, nowe Audi i tampony. I kiedy miałam powiedzieć, żeby się nie kompromitował, bo to już było, kolega powiedział „stara, on ją wiąże, bije i bierze od tyłu”. Umówmy się – tego jeszcze nie było.

Na początku było słowo pisane

Zadałam sobie więc ten trud i przeczytałam całą trylogię pani E. L. James. Tak, trud, bo z każdą stroną miałam wrażenie, że prostytuuję swoją umiejętność czytania i w normalnych warunkach, rzuciłabym tym gniotem w kąt po pierwszym rozdziale. Wyszłam jednak z założenia, że lektura ubogaca, a miliony much nie mogą się mylić, postanowiłam więc dobrnąć do końca, licząc, że całość się obroni. Skończyłam to starcie bogatsza jedynie o pewność, że „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to najgorsze, co spotkało literaturę od czasu pożaru Biblioteki Aleksandryjskiej.

Przy okazji ekranizacji jakiejkolwiek książki, przed opinią na temat samego filmu zawsze pada sakramentalne „oczywiście książka była lepsza”. Otóż w tym wypadku nie może być o tym mowy. Problemem tej książki nie jest bowiem jej fabuła. Jej słabością jest absolutnie koszmarny warsztat autorki, a dokładniej: jego brak. Bo wiecie – w normalnym świecie, osoba która zagryza wargę dwa razy na minutę, prawdopodobnie zapomniała z domu wazeliny i wyszła na mróz. Osoba, która rumieni się czterokrotnie podczas jednej wypowiedzi rozmówcy, wymaga interwencji specjalisty, bo musi mieć poważne zaburzenia krążenia. Chyba, że jej rozmówcą jest Robert Makłowicz – jego zdania są tak długie, że tego typu zjawisko byłoby fizycznie możliwe. Tymczasem główna bohaterka ani nie odśnieża parkingu pod wyciągiem w Szczyrku, ani nie ma stwierdzonej zakrzepicy, a jednak niemal nie wypuszcza wargi z między zębów, a jej twarz zmienia kolor tak często, że w okolicach trzeciej strony czytelnik ma wrażenie, że czyta książkę o kameleonach. Poza tym, dziewczę ma w zwyczaju przeklinać soczyście, używając fraz takich jak „o święty Barnabo” oraz „kuźwa do kwadratu”, co ubawiło mnie bardziej, niż sondaże przedwyborcze TNS OBOP.

Przeniesienie tego dzieła na ekran pozbawiło je większości tego typu atrakcji i zostawiło widza sam na sam z treścią. A treść jest całkiem zabawna. On taki bogaty i skomplikowany (do końca książki oczekiwałam jakiegoś zwrotu akcji, który tłumaczyłby pochodzenie tej zagadkowej fortuny, liczyłam na jakiś smaczny przekręt lub drugie dno – głupia ja), ona taka przeciętna i uzdrawia go mocą swej miłości, a przy okazji ma wielokrotny orgazm, nawet gdy on ją mizia po karku starym glanem. Szału nima.

No to o co chodzi?

Kobiety to takie dziwne istoty, które nie mówią, co myślą lub czują, tylko czekają na jakiś idiotyczny pretekst, żeby usprawiedliwić poruszenie jakiegoś tematu.

– O, zobacz misiu, ta pani jest podobna do żony twojego brata. Podoba ci się żona twojego brata?

– O, zabili Hankę Mostowiak. Jeśli umrę, znajdziesz sobie nową żonę?

– O, spójrz, parówki w promocji. Uważasz, że jestem gruba?

Dotyczy to również sypialni. Przeciętna Halinka boi się przyznać, że lubi seks, bo to przecież nie wypada. Jeszcze on sobie coś pomyśli. Coś okropnego. Na przykład, że ona lubi seks. Z tego powodu, nigdy w życiu nie powie prosto z mostu, na co ma ochotę w łóżku. Dzięki trylogii o smutnym milionerze z pejczem, Halinka nie tylko może sobie pofantazjować, że Heniek przykuwa ją kajdankami do kaloryfera i mówi do niej po niemiecku, ale i ma swój wymarzony pretekst, żeby wreszcie zagaić inaczej, niż tyrpiąc go stopą w brzuch po Panoramie.

– O, spójrz, on jej zakrył oczy i ona teraz nie wie, co się dzieje. Może dziś w nocy zdejmę okulary?

W imieniu wszystkich kobiet świata, mam więc apel.

Drogi mężczyzno! Jeśli twoja kobieta ciągnie cię do kina na „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, zrób to dla niej, siebie i świata, i po seansie weź ją jak Jan III Sobieski Marysieńkę po wojnie z Tatarami: na brudno.

Droga kobieto! Nie udawaj, że nie o to ci chodziło.

Bawcie się dobrze!