JAK SKUTECZNIE WYWOŁAĆ AWANTURĘ

24 lutego 2015

7 NAJWIĘKSZYCH KOSZMARÓW MŁODOŚCI

28 lutego 2015

MÓJ DZIEŃ Z TINDEREM

26 lutego 2015
Jak skutecznie wywołać awanturę - fabjulus
7 największych koszmarów młodości - FabJulus
MÓJ DZIEŃ Z TINDEREM - FABJULUS

L4 trwało już drugi miesiąc, w dodatku pani doktor kazała mi pozostawać w pozycji horyzontalnej do odwołania, co utrudniało lekturę, pisanie, jedzenie i malowanie rzęs. Kiedy już obejrzałam wszystkie seriale świata, a także porozmawiałam z mamą, babcią, koleżankami i napisałam mojemu onemu setnego smsa, że ma już wracać do domu, postanowiłam uruchomić internety i się dokształcić.

Szukając jakiegoś artykułu o social mediach i marketingu, którego jeszcze bym nie znała, trafiłam na publikację na temat najpopularniejszych młodzieżowych aplikacji na smartrzeczy. Mimo, że w mojej łazience znajdują się już nie dwa, nie trzy, a cztery różne kremy przeciwzmarszczkowe, a dzieci w windzie mówią mi „dzień dobry”, poczuwam się do tytułu (młodzieży, nie aplikacji), toteż kliknęłam. Już chwilę później dowiedziałam się, że tytuł troszkę mi się należał, bo niekwestionowanym królem był Snapchat, z którym żyłam w szczęśliwym związku już od ponad roku, a trochę nie, bo tuż za nim plasował się Tinder, którego nazwa nie mówiła mi nic, poza tym, że brzmiała trochę jak piosenka Pitbulla. Na szczęście, autor artykułu przewidział, że niektórzy czytelnicy mogą być pół-starzy, bo natychmiast pospieszył z wyjaśnieniem, czym ów twór był. A był, według niego, mutacją Snapchata, służącą do kontaktu z nieznajomymi.

Jako że już nawet najwierniejsze przyjaciółki miały już dość moich snapów, na których zmieniała się tylko piżama, nasłonecznienie sypialni i pozycja kota na mojej kołdrze, stwierdziłam, że brzmi dobrze. Poza tym, w swoim zawodzie muszę być na bieżąco. „Dawać to” – pomyślałam i z buta wjechałam do appstore’a.

Ściągnęłam, odpaliłam. Kazali mi się połączyć z fejsbuniem – połączyłam. Już po chwili Tinder miał moje zdjęcie profilowe, wiek, przybliżony adres oraz listę ulubionych filmów. Skonfigurowałam profil, włączyłam instrukcję i dowiedziałam się, że mam przeciągnąć w prawo zdjęcia facetów, którzy mi się podobają, a w lewo tych, którymi nie jestem zainteresowana. Zbaraniałam. To nie miało sensu. Opuściłam dział pomocy i włączyłam ekran główny.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy już na pierwszej fotce ujrzałam swojego kolegę! Przesunęłam go w prawo i po chwili na ekranie pojawił się komunikat, gratulujący nam wzajemnego zainteresowania, po czym otworzyło się okno rozmowy.

– Co ty tutaj kurde robisz?! – powitał mnie serdecznie. – Myślałem, że już cię nie dotyczą męki singielstwa!
– Cześć! Czy możesz mi powiedzieć, o co chodzi w tej aplikacji? – zapytałam zdezorientowana.
– Przesuwasz w prawo – szło by, przesuwasz w lewo – nie szło by – wytłumaczył mi przystępnie. – Jeśli ten, co uważasz, że by go szło, uzna, że ciebie też by szło, otworzy się czat i możecie ustalić, czy u ciebie, czy niego.
– Czy u mnie, czy u niego CO? – zapytałam, pełna złych przeczuć.
– No… Pójdzie – odpisał. – To co, u mnie, czy u ciebie, hehe?
– Serio?! Ta aplikacja do tego służy?! – nie mogłam uwierzyć.
– No. A coś ty myślała? – zdziwił się.
– Że to coś jak Snapchat… – przyznałam z zażenowaniem.
– Nie, maleńka. Witaj na speed fucku, hehe – odparł rozbawiony.
– I to działa? – spytałam zaszokowana.
– A jak myślisz? – odpisał.
– Ale… przecież jest dopiero dziesiąta! – napisałam bez sensu, czując, że resztki mojej wewnętrznej romantyczki płaczą.
– Zgadza się. Czyli już za sześć godzin wyjdę z pracy! – stwierdził rozsądnie.

Opuściłam okienko dialogowe i postanowiłam przeprowadzić eksperyment. Otworzyłam ekran główny i ujrzałam fotkę jakiegoś andżeja. Dowiedziałam się, że ma trzydzieści lat, włosy na żel, niebieskie Subaru i mamy dwa wspólne zainteresowania (Pink Floyd i nutella) – wypad. Następny: przystojny, trzydzieści dwa lata, lubi Leśmiana, Tiesto i „Trudne Sprawy” – niech będzie. Kolejny: lat dziewiętnaście, zamiast profilowego ma okładkę „Kill’em all” – nie sądzę. Zanim dotarłam do kandydata numer cztery, dowiedziałam się, że numer dwa odwzajemnia moje zainteresowanie. Niesamowite. Zamknęłam jednak okienko dialogowe, w którym już migało entuzjastyczne „hej, laleczko” i postanowiłam poprzeglądać resztę oddalonych ode mnie o nie więcej niż dwadzieścia kilometrów mężczyzn, gotowych na seks w środę o 10:10 rano. Spośród dwudziestu panów, którzy przeszli selekcję, dwunastu zdążyło już wcześniej zaklasyfikować mnie jako godną uwagi, o czym Tinder poinformował mnie natychmiast po tym, jak przesunęłam ich zdjęcia w prawo, a czterech kolejnych zrobiło to samo kilka minut później.

Do południa przebrnęłam przez niezliczone ilości profili, bo moim celem było zaznaczenie stu relatywnie interesujących mężczyzn i sprawdzenie, ilu zadeklaruje pragnienie posunięcia po przesunięciu. Miałam ambitny plan pogadać z paroma z nich, stworzyć jakiś portret psychologiczny użytkowników Tindera, zanalizować ich, dowiedzieć się, czy naprawdę są gotowi skorzystać w pełni z potencjału tej aplikacji, czy może tylko bajerują laski z nudów, bo siedzą na L4. Poddałam się jednak w połowie drogi, kiedy 43 okna rozmowy piszczały jak szalone, zakłócając mi dalszą eksplorację i wprawiając w wibrację mnie, moją czarną piżamkę w papugi i resztę zalanej słońcem sypialni.

Postanowiłam przejrzeć powitania pięknych nieznajomych. Poza standardem typu „cześć” i „hej”, oczom mym ukazały się perełki takie jak:
„Nie lubię psów, ale masz wystarczająco ładną buźkę, żebym to zignorował”;
„Cześć, jestem Michał, chętnie wyprowadzę cię na spacerek, hau hau”;
„Nie lubię blondynek, ale ty coś w sobie masz”;
„Ładny masz biust. Implanty?”;
„Ładne masz zęby. Implanty?”;
„no elo jestem tomek widze że mam do ciebie tylko 4 km”;
„Lubisz jachty?”.

I kiedy byłam o krok, żeby zagłębić się z którymś z nich w wymianę zdań, odkryłam, że kompletnie nie mam na to ochoty i wolę po raz sto czterdziesty siódmy obejrzeć ten sam odcinek „Przyjaciół”, niż zmarnować czas na jałową pogawędkę o niczym z kimś, kto naprawdę myśli, że piszę do niego, w jednej ręce trzymając yorka. Półka w łazience nie kłamie: jestem za stara na Tindera. To aplikacja dla młodzieży. Usunęłam go więc bez żalu, żeby zwolnić w telefonie miejsce na zdjęcia kota w pościeli, bogatsza o cztery prawdy życiowe:

  1. Nieważne, jak wyglądasz – gdzieś na świecie zawsze jest ktoś, kto chętnie by cię przesunął prawo.
  2. Nieważne, jak wyglądasz – na świecie są też ludzie, którzy bez namysłu przesuną cię w lewo (i jest to średnio 7 osób na 50, co boli).
  3. Nie byłeś na dnie, dopóki nie uruchomiłeś Tindera na serio.
  4. W internetach wszyscy mają głębokie dekolty, napięte bice i puchate yorki. Pamiętaj tylko, że pies może być pożyczony, a po drugiej stronie pewnie siedzi coś takiego:

not so fabjulus...

 

fot. https://www.flickr.com/photos/leeannl/