SHARE WEEK 2015

17 marca 2015

JAK ZOSTAĆ ARTYSTĄ KABARETOWYM

21 marca 2015

AUTORYTET KALOSZ

18 marca 2015
polskie kabarety - fabjulus
AUTORYTETY fabjulus

Miał 1,60 m wzrostu. Na oko, ważył jakieś 45 kg. I to w ubraniach, butach, okularach, z laptopem pod pachą i pięciokilogramowym ciężarkiem w kieszeni. Wyglądał jak kaczuszka. Chodził jak kaczuszka. Mówiliśmy na niego Kaczuszka.

Jakby tego było mało, swą lichą aparycję uzupełniał stylówką tak przerysowaną, że przez pierwszy miesiąc studiów myślałam, że musi być świetnym gościem, skoro tak ewidentnie robi sobie jaja. A potem okazało się, że nie robił sobie jaj. Typ swoje nieodłączne koszule w paski zapinał na ostatni guzik, aż zalążki jego subtelnego jabłka Adama wgniatały mu się w kręgosłup, a następnie wpuszczał je w podciągnięte po pachy dżinsy, kupione na dziale dziecięcym w H&M. Na stopach instalował czarne lakierki, model Komunia Wysoki Połysk Lux, a zestaw ten uzupełniał o swetrowe kamizelki, które w jego garderobie występowały we wszystkich kolorach tęczy. Co ciekawe, przyodziewał je bez względu na porę roku, a mimo to nikt nigdy nie widział, żeby Kaczuszka się spocił. Albo zmęczył. Albo uśmiechnął. Albo zrobił cokolwiek, co świadczyło by o tym, że jest człowiekiem, a nie cyborgiem.

Był najstarszym znanym mi dziewiętnastolatkiem. Na każdym wykładzie (bo tak, przychodził na KAŻDY wykład) siadał w pierwszym rzędzie, gdzie odpalał laptopa i przyrządzał ultra precyzyjne notatki, na które patrzyliśmy jednocześnie z podziwem i przerażeniem. Gdy nadeszła pierwsza sesja, jakiś szaleniec postanowił spróbować szczęścia i poprosił Kaczuszkę, aby ten udostępnił mu część swoich zbiorów. Kaczuszka, nie zaszczycając go kontaktem wzrokowym, poinformował go jednak, że nie da ich nikomu, ponieważ wszyscy jesteśmy dla niego konkurencją na rynku pracy. Że jest urodzonym rekinem finansjery, ostatecznie upewniliśmy się jednak rok później, gdy obowiązkowe praktyki zawodowe odbył w dziekanacie zarządzania.

Studia oczywiście skończył z wyróżnieniem. Napisał jakąś bardzo przydatną pracę magisterską o historii myśli ekonomicznej, tudzież innych wskaźnikach pomiaru wskaźników pomiaru. Odmówił uczestnictwa w imprezie pożegnalnej. Tak jak każdej innej, przez wszystkie te lata. Nie wiedzieliśmy, co zamierza robić po studiach. Chodziły plotki, że czeka na wakat w sekretariacie rektora, a tymczasem przechowa się w urzędzie skarbowym.

W tej niewiedzy żyłam aż do wczoraj, kiedy to wpadłam na chwilę na uczelnię, żeby przehandlować czekoladki za jakiś ważny papierek w dziekanacie. Jakież było moje zaskoczenie, gdy wychodząc z paszczy lwa, usłyszałam charakterystyczny stukot komunijnych obcasów na kamiennej posadzce! Odwróciłam się, zamiatając włosami niczym Thor, żeby ujrzeć mojego ulubionego ambasadora kołnierzyków, sunącego korytarzem w towarzystwie laptopa i trzech teczek. Sztywniejszy, chudszy i bardziej niesympatyczny niż kiedykolwiek wcześniej, wbił we mnie swoje pomniejszone przez okulary oczy, po czym udał, że mnie nie poznał i minął mnie, rozsiewając wokół siebie woń Cini Minis z mlekiem i pogardy. Ze stanu szoku wybudziło mnie dopiero chóralne „dzień dobry”, które dobiegło mnie z drugiego końca korytarza kilkanaście sekund później, zasiewając we mnie mroczne ziarno niepokoju. Ze zwinnością młodego Clinta Eastwooda wydobyłam z kieszeni telefon, żeby wygooglać nazwisko dawnego kolegi i już po chwili leżałam na parapecie, walcząc o oddech w nierównej walce z atakiem śmiechu: Kaczuszka nauczał negocjacji biznesowych.

I wtedy przypomniałam sobie każdego prowadzącego, który przez te wszystkie lata doprowadzał mnie do szału. Każdy wielki autorytet, który kazał mi wkuwać kalendarium Unii Europejskiej, nie mówiąc, jak wypełnić PIT. Każdego wykładowcę, który brzmiał, jakby ze słowem „firma” ostatni raz miał coś wspólnego, gdy wnuk sąsiada napisał mu „JP” na klatce. Każdego profesora, który uważał, że księgowość przedsiębiorstwa prowadzi się na kartce. Każdego doktora, któremu słowo „bilans” kojarzyło się tylko z pediatrą. Każdego asystenta, który duże transakcje zawierał tylko w World of Warcraft.

I zrozumiałam wielką życiową prawdę: Kaczuszka nigdy nie będzie dla mnie konkurencją na rynku pracy.