TBT 5: TEST, PRASA I LISTA GRZECHÓW

23 kwietnia 2015

TBT 6: MARCO POLO, DOPRAWDY I CIĘŻKI ROCK

30 kwietnia 2015

KATECHETA TO STAN UMYSŁU

28 kwietnia 2015
tbt fabjulus
katecheta - fabjulus

W ubiegłotygodniowym TBT zamieściłam przesłaną mi przez czytelniczkę pamiątkę z dzieciństwa – listę grzechów, którą sporządziła na polecenie katechetki, w ramach przygotowań do pierwszej komunii świętej. Trochę się pośmialiśmy, bo kartka zapisana uroczym, dziecięcym pismem zawsze chwyta za serce, zwłaszcza, jeśli wypełniają ją poważne przemyślenia, ale mną jej treść przede wszystkim wstrząsnęła. Przede wszystkim dlatego, że sama kiedyś coś takiego musiałam napisać.

11164221_864597413587207_656109947_n

11104204_864597426920539_114829805_n

Na liście są przewinienia, które dorosłego człowieka rozczulają: nie uczyłam się pilnie religii, nie zachowywałam się odpowiedzialnie w kościele, nie dawałam dobrego przykładu innym dzieciom, byłam łakoma. Są też takie, które brzmią przejmująco: byłam zazdrosna, byłam mściwa, nie szanowałam swojej i cudzej własności, nie dbałam o swoje życie i zdrowie. Czy dziecko samo mogło wpaść na to, że zasługuje na potępienie, bo nie mogło odmówić sobie kolejnej kostki czekolady i zapragnęło takiego rowerka, jaki ma koleżanka? Nie sądzę. Ktoś mu w tym pomógł. I był to prawdziwy zawodowiec.

To się opłaca

– Mamo, czy wiesz, jaka modlitwa jest najważniejsza? – zapytał mój siedmioletni wówczas brat, po powrocie ze szkoły.
– Wiem, „Ojcze nasz” – odparła mama. – To jedyna modlitwa, którą przekazał nam Jezus.
– Nie! – uśmiechnął się tryumfalnie mój brat. – Najważniejsza jest „Zdrowaś Mario”.
– Dlaczego? – zainteresowała się mama.
– Bo gdy odmawiasz „Zdrowaś Mario”, to się za każdym razem zapisuje w niebie – zaczął tłumaczyć. – I kiedy umrzesz, a Pan Jezus nie będzie wiedział, czy cię wpuścić do raju, pójdzie po Maryję, a ona ma taką złotą księgę, w której jest zapisane, kto ile razy w życiu zmówił „Zdrowaś Mario”. I wtedy ona zdecyduje, czy Jezus może cię wpuścić czy nie! – wyjaśnił szybko, a moja mama zastygła w bezruchu, z miną, która jednoznacznie obnażyła brak botoksu.
– Kto ci tak powiedział? – zapytałam go po chwili otępienia, widząc, że mama może potrzebować jeszcze paru minut.
– Pani katechetka! – odparł grzecznie, po czym dodał: – Dlatego musimy odmawiać różaniec! To się opłaca!

Jakkolwiek zachwyciły mnie myśl, że Jezus w wieku dwóch tysięcy lat nadal słucha mamy, a także wizja „zdrowasiek” nabijających się na niebiańskim liczniku, niczym kilometry w bronkobusie, nie mogłam wyjść z podziwu nad ogromem idiotyzmu, jaki przyszło przyswoić mojemu bratu. Patrzyłam w te jego ufne ślepia i zastanawiałam się, ilu kolegów z jego klasy nie podzieli się nową wiedzą z rodzicami, tylko zachowa ją dla siebie i przez lata będzie żyć w przeświadczeniu, że na wszelki wypadek warto modlić się na zapas, bo to się opłaca. Byłam zaszokowana, że ktoś zaszczepia dzieciom takie wizje. A potem przypomniałam sobie własne lekcje religii.

Wszyscy pójdziecie do piekła

W ciągu dwunastu lat, w kolejnych szkołach nauczało mnie ośmiu katechetów. Każdy z nich miał w zwyczaju uszczęśliwiać nas mądrościami godnymi Srebrnych Ust Trójki, choć na początku łykałam wszystko jak Sasha Grey i dopiero w wieku piętnastu lat zaczęłam zadawać im pytania. Czyli pyskować, oczywiście, bo jeśli młody człowiek się odzywa, to znaczy, że pyskuje.

I tak, była na przykład sympatyczna pani, która straszyła nas, że za braki zadania domowego z religii pójdziemy do piekła. Mówiła, że nieodrobienie zadania z matematyki czy polskiego jest niewskazane, owszem, ale to religia jest najważniejszym z przedmiotów, a olanie go jest jak olanie Boga. A olanie Boga to grzech ciężki i za to się idzie do piekła, dlatego mamy za zadanie rysować w domu szlaczki w zeszytach. Mój zeszyt do religii wyglądał więc jak teledysk Katy Perry: pomarańczowo – zielone zygzaki pod każdym tematem, różowe serduszka na marginesach i żółte gwiazdki w lukach między linijkami. Naklejki. Kwiatuszki. Słoneczka. Brokat. Ale czego się nie robi dla życia wiecznego?

Był ksiądz, który na moje pytanie, czym z punktu widzenia moralności katolika różnią się naturalne metody planowania rodziny od tych sztucznych, powiedział, że chodzi o to, że jeśli zawiedzie prezerwatywa lub tabletka, zirytujemy się i swój gniew przeniesiemy na to nowo powstałe życie, a to grzech. Wówczas powiedziałam, że jeśli zawiedzie naturalna metoda, również się zdenerwuję, bo skoro stosuję jakąkolwiek antykoncepcję, to znaczy, że nie chcę mieć dziecka. Wtedy on mi na to, że nieprawda. Ja mu na to, że jak to. A on mi na to, że niedostateczny.

Miałam też katechetkę, od której dostawaliśmy zestawy pytań pomocniczych do przeprowadzenia rachunku sumienia i sporządzenia, a jakże, własnej listy grzechów. Pytania były tak sformułowane, że kwalifikowaliśmy się właściwie pod każde przewinienie, co bardzo nas niepokoiło – jak okropnym trzeba być człowiekiem, żeby być winnym każdego istniejącego grzechu? Poza tym, przy okazji swoich zajęć, katechetka uczyła nas dodatkowo biologii, informując, że jeśli weźmiemy dwie miseczki wody, a ksiądz poświęci jedną z nich, to pozostanie ona świeża na zawsze, a ta druga się zepsuje (spleśnieje? Zgnije? Przestanie odtwarzać płyty CD?).

Któregoś dnia nastąpił jednak hit, którego do dziś nie pobiło nic. Oto trzydziestu dwunastolatków dowiedziało się, że dziecko jest podobne do tego z rodziców, które podczas seksu bardziej się podnieciło. Przez następny miesiąc, z wypiekami na twarzach, pytaliśmy się nawzajem, kto do kogo jest bardziej podobny. Większość deklarowała, że do każdego z rodziców po połowie, zastanawiając się, czy przyznanie się do bycia kopią swojej mamy byłoby dla rodzicielki bardziej komplementem, czy obelgą.

 

A mój syn jest  podobny do dziadka...

Katecheta to nie zawód

Przez całą moją karierę szkolną, spotkałam jednego mądrego katechetę. Jedynego, który nie straszył nas potępieniem, piekłem i ekskomuniką. Takiego, który potrafił rozmawiać z młodzieżą. Był nim ksiądz z pobliskiej parafii. Uwielbialiśmy go, braliśmy go na wszystkie wycieczki i biegaliśmy do niego z wszelakimi rozterkami natury emocjonalnej, ideologicznej, a nawet uczuciowej. Żadnego problemu nie lekceważył i zawsze znajdował dla nas czas. Jeden. Spośród ośmiu.

Tym, co łączyło większość pozostałych moich katechetów, było bezustanne budowanie w nas, dzieciach, katolickiego poczucia winy i kompletna nieumiejętność podejmowania dyskusji. Ciągle czuliśmy się grzeszni, źli i nieposłuszni, pozostawiani sami z trudnymi pytaniami i dylematami moralnymi. Umysł dziecka jest bardzo chłonny i bezkrytyczny. Łatwo uznaje autorytet nauczyciela, wierzy w każde jego słowo. Nastolatek ma natomiast wiele pytań, na które potrzebuje zrozumiałych odpowiedzi. Osoba podejmująca się tak trudnego zadania, jak dyskusja o religii, człowieczeństwie i naturze dobra i zła, powinna być mądrzejszym pedagogiem, niż nauczyciel jakiegokolwiek innego przedmiotu. Katecheta to nie jest zwykły zawód. To misja.

Tymczasem mam wrażenie, że w praktyce jest wręcz odwrotnie. Nieprzygotowani do pracy z dziećmi, wybrańcy kurii robią swoim podopiecznym krzywdę, mieszając im w głowie i podejmując tematy, do których nie powinni się zbliżać. Nie chciałabym, żeby ktoś kiedyś wmawiał mojemu dziecku, że jest złym człowiekiem, jeśli nie potrafi się skupić na lekcji religii. Zwłaszcza, że czasem lepiej by było, gdyby się na niej nie skupiało wcale.