CIUCHY PO DOMU – HISTORIA PRAWDZIWA

20 maja 2015

NAJLEPSZE TEKSTY HURAGANU TERESY

25 maja 2015

OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

22 maja 2015

On wypatruje ją w tłumie. Ona wyczuwa jego spojrzenie i się odwraca. On się uśmiecha. Ją rozświetla perłowy błysk nieznanego pochodzenia, wiatr rozwiewa jej włosy, w tle rozbrzmiewa miękki saksofon Kennego G. On rusza w jej kierunku, ona wcale nie jest zaskoczona, że on idzie w zwolnionym tempie. Tak sprzedają nam to holiłudy. A jak miłość po grób spływa na nas w trójwymiarowym świecie?

Jakkolwiek historii mojego onego i mojej nie można odmówić spektakularności, sposób, w jaki się poznaliśmy, był boleśnie pozbawiony romantyzmu, można więc rzec – grosteskowy. Wybierając ostatnio swoją idealną suknię ślubną, nie mogłam wprost uwierzyć, że coś, co zaczęło się tak zabawnie, mogło skończyć się tak silnym uczuciem. Pomyślałam, że nie mogę być jedyna i zapytałam paru znanych Wam autorów, co pomyśleli, kiedy po raz pierwszy ujrzeli ludzi, przy których dziś się budzą. Wszystko po to, żeby rozstrzygnąć: zakochujemy się od pierwszego wejrzenia czy… pomimo pierwszego wrażenia?

11 sekund

Naukowcy dowodzą, że na zrobienie dobrego pierwszego wrażenia mamy od trzech do jedenastu sekund. To, co wydarzy się w tym czasie, determinuje, jak potoczy się dalsza znajomość. Całe szczęście, że Justyna z FlowMummy nie wiedziała o tym, idąc na pierwszą randkę…

SONY DSC

Miłość od pierwszego wejrzenia, jak z filmu? Hahaha tak, tak, też o tym kiedyś marzyłam. Z drugiej jednak strony „why not?”. Jakby się tak uprzeć to i mój związek można by do takiego zakwalifikować. Może nie byłoby to typowe „love story”, ale jakieś połączenie komedii, dramatu i filmu wojennego. Po pierwsze poznałam się z mężem w pracy, on twierdzi że faktycznie była to miłość od pierwszego wejrzenia (i niech nigdy nie śmie mówić inaczej!). Z mojej strony szału nie było: za niski, jakiś taki gburowaty, do tego huligan. W sumie wybroniły go tatuaże, no może też ładna buźka. Pierwsza randka? Koszmar! Chyba byłam bardzo głodna i chciałam iść na kolację, skoro zgodziłam się na drugą. Romantyczne uniesienia? Brak. Kwiaty bez okazji? Również zero. Na szczęście, radzimy sobie całkiem nieźle jako para bez filmowego scenariusza.

 

Jak mawia Paryż Hilton, od złego efektu, gorszy jest tylko brak efektu. Z tym dramatem zetknęła się Ania z bloga Anielno. Okazuje się jednak, że z takiej sytuacji też da się wybrnąć:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kiedy ujrzałam mojego wybranka, odgłos trzepotu skrzydeł cherubina zagłuszał mi potężny bas dochodzący z sali tanecznej w jednym z kultowych klubów Lublina. On oblewał, a raczej zalewał nieudane spotkanie z klientem na wieczorze kawalerskim człowieka, którego, jak mi później powiedział, właściwie nie znał. Prawdę mówiąc, nie zwróciłam na niego uwagi. Po chwili zaczęliśmy rozmawiać. Idiotyczna gadka na podryw, wspominał, że ma gazetę, ja uznałam to za kłamstwo, kręcąc oczami na wszystkie strony świata. Po kilku godzinach, powiedziałam mu, że mogę być jego żoną, on powiedział, że bardzo się cieszy. Generalnie to YOLO. Konkretnie, pragmatycznie i z lekkim szaleństwem, bez zbędnego gadania, że mam piękne oczy. Ale dokładnie tak jak sobie to wymarzyłam, szybko i ze stuprocentową pewnością, że to ten.

Tymczasem Natalia, znana szerzej jako Nishka, o tajemniczym ojcu swoich dwóch córek mówi tak:

nishka

Męża poznałam w klubie muzycznym. Historię jak to było opisałam w kilku zdaniach tutaj: http://www.nishka.pl/pytaki-gra-w-pytania-i-dialogi-rodzinne/Pierwsze wrażenie, gdy podeszłam do niego bliżej i wiedziałam, że COŚ o to się zaczyna:
Jaki uśmiechnięty, pełny pozytywnej energii człowiek!
Wprost emanował uśmiechem. I nie był to przyklejony sztuczny uśmiech nr 6 w stylu: „Jestem wesoły! Jest super! Patrzę na świat przez różowe okulary”. Nie. Była to szczera radość z życia, taki „flow”, który wręcz bił od niego. I to mnie właśnie doń przyciągnęło.  Co ciekawe, gdy poznałam go bliżej okazało się, że jest malkontentem i pesymistą! Na szczęście, uśmiech też został. Od 17 lat prezentuje mi go na przemian ze skrzywionym, markotnym, niezadowolonym obliczem. Może to jest właśnie tajemnica naszego długoletniego związku: trudno mi się z nim nudzić, bo albo jest marudny albo pełen rozbrajającej radości.

Klub muzyczny i czarujący uśmiech – właśnie tak Nishka zbliża się do filmowego ideału. Czyli jednak się się da. Niewiarygodne. Postanowiłam się jednak nie załamywać i uderzyłam do Judyty z bloga żudit.pl. Niestety, zapomniałam, że Judyta jest Judytą, więc jeśli ktokolwiek przeżył cukierkową historię rodem z Harlequina, to musi być ona:

judytaTo było w zatłoczonym wagonie pędzącego pociągu relacji Białystok-Przystanek Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. Siedziałam sobie wygodnie z koleżanką, impreza na trasie dopiero się rozkręcała. Wtedy do naszego wagonu wraz z jakimś kolegą wszedł ON – nie mogłam wprost oderwać wzroku. Długie włosy, broda, cudne diablo spojrzenie spod firanek rzęs. Pamiętam, że miał też bojówki w kolorze khaki (do dziś mam słabość do takich!). Najbardziej jednak zachwycił mnie jego profil – ta idealna linia podbródka, nosa, przymrużonych powiek… Całe szczęście, że w tym samym czasie, czy może minucie on poczuł ten sam zachwyt mną. Minęło kilka godzin, a już niemal byliśmy parą. Po siedmiu latach był oczywiście i ślubny kobierzec!

 

Świetnie. Dzięki, Judyta. Tymczasem K. i Konrad z bloga Moja Dziewczyna czyta blogi przedstawiają nam dwa spojrzenia na tę samą sytuację, dzięki czemu odkrywają klucz do wiecznej miłości:
fotoK.: Nasze pierwsze spotkanie było pełne uroku. Spotkaliśmy się pewnego słonecznego, kwietniowego dnia, bo mieliśmy razem pracować. Pierwsza myśl na jego widok: „Co za pacan. Jak się umawia na odebranie mnie ze schodów przed wydziałem, to niech tam stoi, a nie czeka z lekceważącą miną na schodach przy parkingu. I jak on zarozumiale trzyma ten termokubek”. Tyle. Konrad krzyczy z drugiego pokoju, że dośle Ci później swoją wersję. Pewnie chce być lepszy ode mnie. I tak zarozumiale trzyma ten kubek z herbatą.

Konrad: Ja pomyślałem, że w sumie fajna dupa, ale mogłaby rozumieć, że jak mówię „szczyt Schodów przy humanie”, to mam na myśli te Schody do siedzenia, a nie schody do wchodzenia. I że w sumie to bym coś zjadł. Dokładnie w tej kolejności.

K.: A potem musiał jeść pizzę wegetariańską, a ja jadłam hamburgera z wielką ilością mięsa. I wtedy się we mnie zakochał.

A więc sprawa jest prosta: żarcie. Żarcie zbliża. Jeśli zmarnowaliście swoje jedenaście sekund, zawsze możecie uratować sytuację stejkiem. Ewentualnie, strzelcie sobie dwa głębsze i idźcie na całość, jak Aga z bloga buuba.pl:

buubaGdy poznałam mego męża, wiedziałam, że w życiu nie będzie mój. Ja: czarne włosy, zamiłowanie do rocka i facetów w skórach z długimi włosami, poznałam go na weselu. Jego, wypachnionego, wyczesanego, takiego świeżego, że w życiu takiego mężczyzny nie widziałam. Onieśmielał mnie trochę, taki elegancki i zadbany, krzesełko mi odsunął, w drzwiach przepuścił. Marzenie każdej nastolatki. To, że musieliśmy siedzieć obok siebie na weselu, to wina panny młodej. Otóż ten przystojny kawaler w ostatniej chwili przyszedł sam. Ja przyszłam sama, bo miałam przyjść sama. Nowopoznany siedział przy stole z parą młodą, który był bardzo często w zasięgu kamery, a ja miałam za zadanie wypełnić lukę przy nim. Nie wiem czy to moje czarne włosy go oczarowały, czy podobne zainteresowania, ale tego samego dnia, po kilku głębszych, pocałowaliśmy się. Kiedy już miałam odjeżdżać, zdążyliśmy się jeszcze wymienić numerami. Zrobiłam mu z ukrycia fotkę, by pochwalić się mojej przyjaciółce (tak, to Żudit), że coś takiego mnie spotkało, że to nierealny sen. Wiedziałam, że wrócę do normalnej rzeczywistości, szkolnych zajęć i tyle. Totalnie wrzuciłam na luz gdy… napisał! Pisał, pisał, nawet przyjechał do mnie ponad 65km by posiedzieć ze mną przez godzinkę pod szkołą i pojechać. Przywiózł konwalie, więc te kwiaty tylko i wyłącznie będą mi się z tym kojarzyć. I tak do mnie pisał, że jak o tym się dowiedziała moja babcia, to… zaprosiła go na obiad i zrobiła wywiad, czy się nadaje (hahaha). Od tamtej pory przyjeżdżał co weekend, aż skończyłam liceum i poszłam na studia. Zamieszkaliśmy razem, pobraliśmy się i tak powstały dwa małe Bubki. Staż mamy długi, czasem jest gorzej, czasem lżej, ale zapach konwalii koi moje zmysły i przypomina mi o tym beztroskim czasie, o tym jak się ziścił american dream.

Jeśli jednak udało Wam się zrobić dobre wrażenie, a za sprawą magicznego pierwszego wejrzenia raził Was bezlitosny piorun wiecznej miłości, nie osiadajcie na laurach – jest jeszcze mnóstwo rzeczy, które możecie spierniczyć. Romantyczne początki swojej historii miłosnej Szalonooka Hania wspomina tak:


szaZ Andrzejem poznaliśmy się na imprezie. Patrzę na niego i myślę: mam złamane serce i ten delikwent nadaje się, żeby o tym zapomnieć. Ciemne kręcone włosy, facet w gajerku. Zadbany. Chyba urzekł mnie od pierwszej sekundy. Już na pierwszej randce zapomniałam o złamanym sercu. Na drugiej pomyślałam że to może być ojciec moich dzieci. A pierwsza randka była już następnego dnia. Miał po mnie przyjechać koło południa. Wystroiłam się i czekam. Nagle moja mama wpadła na genialny pomysł, że mamy (w sensie mój kolega i ja – nie powiedziałam że to randka, do tego pierwsza) podrzucić moją siostrę i ją do sklepu, tak będzie szybciej. Nie zdążyłam uciec, poszły razem ze mną. Do dzisiaj pamiętam pytający wzrok Szalonego, kiedy wyszłyśmy we trzy. Wiedziałam już, że to będzie klapa. Jak z takiego początku może urodzić się coś fajnego?

 

Oj, kochana, może. Musi! Bo bez względu na to, czy w pierwszej chwili zelektryzuje Was dreszcz nagłego uczucia, czy odrzuci od siebie woń czosnku po niedawnej konsumpcji kebaba, miłość to nie są te filmowe początki, tylko to, co dzieje się potem. To, czego nie pokazują w kinie. To, co następuje dopiero po napisie „the end”. Całe szczęście! Dzięki temu mamy całe życie, żeby codziennie na nowo robić na sobie pierwsze wrażenie!

Mój on i ja poznawaliśmy się dwa razy, ale nigdy nie zapomnę momentu, kiedy po raz pierwszy go zobaczyłam. Pojechałam na obóz adaptacyjny dla nowo przyjętych studentów mojej uczelni. Dziesięć dni ostrej popijawy w centrum Zakopanego, bez trzeźwienia, bo to bez sensu – jeszcze przyjdzie kac i po co nam to? Mniej więcej w połowie wyjazdu, część kadry się zmieniła i dołączyło do nas paru nowych opiekunów, z trzema didżejami włącznie. Jeden z nich zrobił na mnie ogromne wrażenie. Sympatyczny, przystojny, a zanim dostosował się do reszty ekipy poziomem znieczulenia, miał nawet całkiem inteligentne spojrzenie. Gadaliśmy sobie o życiu, śmierci, pięknie Krupówek i tajnych mikrodrinach z Galapagos, kiedy nagle on rzekł:
– Jest tu też mój brat.
– O, który to? – zdziwiłam się.
– Ten, który właśnie zaczął grać – odparł. Spojrzałam na didżejkę. Było ich dwóch. Obaj pijani,  jeden wyglądał strasznie staro, gdy stroboskop tańczył na jego zmęczonej twarzy i czarnym t-shircie, i ten drugi – klon Moby’ego. – Chodź, przedstawię cię. – Dodał po chwili brat Moby’ego. Z ekscytacji odruchowo poprawiłam dekolt, po czym weszłam za konsoletę. Moby miło się do mnie uśmiechnął, a pijany starzec podniósł na mnie nieobecne spojrzenie, po czym przeniósł je na brata Moby’ego i rzekł:
– Braciszku, przynieś mi piwo. – I tak poznałam ojca mojego syna.

A wy jak? Od pierwszego wejrzenia czy mimo pierwszego wrażenia?