10 FILARÓW FILMÓW KATASTROFICZNYCH

17 czerwca 2015

NIE MÓW NIKOMU

24 czerwca 2015

GRA TOWARZYSKA: GOROL NA GEBURSTAGU

21 czerwca 2015
nie mów nikomu - FABJULUS

A więc przygruchałeś sobie niewiastę z prawdziwej śląskiej rodziny. W sumie na co dzień nawet nie pamiętasz, że pochodzi z dalekiego południa, bo mówi literacką polszczyzną, nie je węgla, do pracy jeździ tramwajem, a nie baną i nie czesze się kilofem, ale oto nadszedł dzień, w którym wszystko się zmieni: zostałeś zaproszony na śląskie urodziny ciotki swej wybranki. Drżącymi rękami googlasz śląskie obyczaje urodzinowe, żeby już po paru sekundach wyszukiwarka dopytała cię, czy przypadkiem nie miałeś na myśli geburstagu. Wpadasz w panikę. Spokojnie, od czego masz Fab! Gra towarzyska „Gorol na geburstagu” przygotuje cię do tego, co czeka cię w krainie kopalń i kołoczy. Gotowy?

Start

Drzwi otwiera ci pani domu, a jednocześnie dzisiejsza jubilatka – ciocia Aniela. Z podziwem przyglądasz się jej starannie ułożonemu kalafiorowi na głowie i tyleż eleganckiej, co krzykliwej garsonce o barwie piwonii nawożonej amfetaminą. Witasz się z nią uprzejmie, składając serdeczne życzenia i wręczając okazały bukiet kwiatów, stylowo ozdobionych paprotkami, koralikami, bibułą, drewnianą biedronką, brokatem i laskami cynamonu. Dużo słyszałeś o śląskich standardach czystości w domu, toteż zrzucasz z siebie płaszcz i rozwiązujesz buty, podczas gdy gospodyni, umieszczając zgrabnym ruchem bukiet w kryształowym wazonie, niespodziewanie mówi do ciebie:

„Jeronie, niy rób gańby, toć nie prziszoł żeś z gruby, żeby mieć lakszuły umaraszone, pra? Puć sam!”. Patrzysz na nią, na kwiaty, znowu na nią, znowu na kwiaty, po czym postanawiasz zaryzykować i odpowiadasz:

Nie, przyjechaliśmy razem.

 

Game over

Dobrze!
Doskonale! Ciotka Aniela uśmiecha się serdecznie, patrząc znacząco na twoje sznurowadła. Odwracasz się do swojej kobiety, która szeptem tłumaczy, że ciotka powiedziała „dżizas, nie rób przypału, przecież nie wracasz z kopalni i nie masz brudnych butów, nie? Chodź!”. Szybko doprowadzasz się więc do stanu pełnej elegancji, po czym podążasz śladem pani domu. 

 

Witasz się ze wszystkimi obecnymi, po czym zajmujesz wyznaczone miejsce przy stole, podczas gdy jubilatka przyjmuje życzenia od twojej wybranki. Zanim jednak zdążysz poznać imiona wszystkich andżejów i halinek, ciocia Aniela, dzierżąc w ręku otrzymaną w prezencie butelkę wina, uśmiecha się do ciebie szeroko i mówi: „Ale musza Ci pedzieć, żeś jest fest wyrychtowany! Wyglancowany ancug, binder w szmaterloki, widzi mie się to. Na beztydzień tego niy mosz…”. Bierzesz głęboki oddech i idziesz na całość, odpowiadając:

Pani też!

„Dziękuja!” – rozpromienia się ona. „Miałach sie oblec na bioło, ale żech sie cały klajd uflekowała jak żech rychtowała maszkety, a nie moga być tako zmaraszono, nie?” – pyta, ale zanim zdążysz spanikować, odwraca się i znika w kuchni, a od towarzyszy przy stole dowiadujesz się, że powiedziała „miałam ubrać się na biało, ale pobrudziłam sobie sukienkę, gdy przygotowywałam szamę, a nie mogłam wystąpić usyfiona”. Przy okazji dopytujesz, czym jest binder w szmaterloki. Okazuje się on być twoim stylowym krawatem, który dobierałeś do ancuga garnituru przez całe przedpołudnie. Co za ulga.

Niestety, nie wziąłem.

Wylyź.

 

Przybijasz sobie wewnętrzną pionę za mistrzowskie wybrnięcie z impasu, lecz zanim zdążysz złapać oddech, jubilatka wyłania się ze swojej komnaty tajemnic, niosąc tacę z ciastami i postawiwszy te dary losu na stole, pyta cię uroczyście: „kafyj, tyj abo jabcok?”, a wszyscy obecni spoglądają na ciebie w napięciu, chichocząc pod nosem. Rozglądasz się po stole, po czym odpowiadasz:

Poproszę coś mocniejszego.

Słusznie. Kafyj piłeś już dziś w Starbucksie, tyj pijasz tylko do śniadania, w dodatku zielony, a jeśli masz przetrwać ten melanż, musisz sobie strzelić kielona, nawet gdyby miał to być jabol. Ciocia Aniela potakuje z uznaniem, mówiąc „i to rozumia”, po czym sięga po jedną z butelek wina i korkociąg, a następnie prosi cię, żebyś pomógł jej „wyłonaczyć flaszkę tym wichajstrem”. Interpretując mowę jej ciała, zabierasz od niej te fanty, po czym z wprawą sommeliera, uwalniasz bukiet spod korka i polewasz wszystkim chętnym do wystawionych entuzjastycznie lampek, zaczynając od halinek, kończąc na andżejach. Ciotki są zachwycone.

To może zacznę od szarlotki?

Synek…

 

„To terozki jeszcze sie weznemy konsek zisty!” – anonsuje gospodyni, a ty czujesz, że oblewa cię zimny pot. Patrzysz na nią wyczekująco, licząc, że coś w jej gestykulacji wytłumaczy ci, co się właśnie dzieje. „Nawarzyłach tego tela, że nie idzie zeżrać, ale wyście som przepadzitki, to żech jeszcze poszła na szaberplac i mie sztandziorz wcis bombony!” – dodaje radośnie i pochyla się nad stołem.  Nie jest źle, „zeżrać”, „bombony” – ewidentnie chodzi jej o żarcie. Ocierasz zroszone czoło serwetką, zastanawiając się, czym są „przepadzitki”. Tymczasem, pani domu zaczyna kroić tort, znad którego spogląda ci prosto w przerażone oczy i pyta: „Mocie tam kajś u wos jeszcze szaberplace?”.

Yyy... Pewnie, nawet sam czasem piekę.

Otóż nie.

Yyy... Tesco?

„Tak żech czuła” – potakuje ciotka ze współczuciem, pakując ci gigantyczny kawałek tortu na talerzyk. Desperacko googlasz pod stołem „szaberplac” i dowiadujesz się, że jest to „targ”. Wszystko jasne. Podczas gdy zastanawiasz się, czy z takim fartem nie powinieneś w drodze powrotnej zahaczyć o kolekturę lotto, przy stole rozkręca się dyskusja, za którą nie jesteś w stanie nadążyć mimo LTE w telefonie, postanawiasz więc poświęcić się konsumpcji, a wszystko, co w siebie pakujesz, okazuje się być prawdziwym dziełem sztuki kulinarnej.

 

Zachwycony, rozmawiasz sobie spokojnie ze swoją towarzyszką, aż nagle słyszysz strumień dźwięku skierowany prosto w twój krawat w motyle i podnosisz zdezorientowany wzrok na babcię Tilę, siedzącą na drugim końcu stołu. „Paczcie ino, jakiego ona mo szwarnego tego szaca!” – wykrzykuje zachwycona. „Kaj byś tako libsta poradził znojść?” – dodaje po chwili i patrzy na ciebie wyczekująco. Wiesz, że musisz coś odpowiedzieć. Jak to szło? „Paczcie. Szwarny. Kaj byś poradził”. Spoko. Jedziesz:

Chętnie doradzę!

Dobra, nieważne.

Nigdzie!

Rzucasz, po czym patrzysz na swoją oną i spostrzegasz z zaskoczeniem, że rozpromieniła się w charakterystycznym kobiecym uśmiechu pokomplementowym. Czyli że chyba powiedziałeś coś miłego. Wszyscy obecni patrzą na ciebie z aprobatą, a zachwycona towarzyszka szepcze ci do ucha, że „szac” to chłopak, „libsta” to dziewczyna, „poradzić” to potrafić, a ty jesteś super. Niesamowite.

 

Po kilku godzinach głośnej biesiady, czujny niczym Tomasz Lis na Twitterze, wyczuwasz, że nadszedł czas pożegnania. Zbierasz się więc ochoczo ku drzwiom, po drodze uprzejmie żegnając się z halinkami i andżejami. Wreszcie dopada cię bohaterka dzisiejszego melanżu we własnej osobie i przytula do okazałej piersi. „Nie zmuliło cie to całe dżistanie?” – pyta troskliwie. „Trocha mie jest gańba, że my tela fandzolili”. Przywdziewasz uśmiech numer siedem i nawijasz:

Nie, dlaczego?

„Godosz?” – uśmiecha się z ulgą. „Wiesz, my sie zawsze muszemy poklachać, skuli tego, że sie rzadko widzemy…” – wyjaśnia. „Nie, było wspaniale, świetnie się bawiłem!” – odpowiadasz radośnie.

To tak jak mnie!

Jeronie…

 

„Powiedz mi ino jedno…” – odzywa się na to wujek. „Skąd tyś tak wszystko poradził zrozumieć, co my tu godali?”.

Bo jo jest wykamany!

Ech… A byłeś już tak blisko, jak Rafał Brzozowski…

Czysty cufal!

BRAWO!

Meta

 

I jak? Dobrnęliście szczęśliwie do końca geburstagu u ciotki Anieli? Napiszcie koniecznie, czy w Waszych rodzinach używa się regionalizmów. A tymczasem, jo leca wyglancować sie szczewiki, bo zarozki momy gości.

Całuję czule!

Waszo ślonsko dziołcha,

Fab

 

fot. wualentina