DOPROWADŹ MNIE DO PASJI

12 lipca 2015

NA DRUGI KONIEC ŚWIATA

17 lipca 2015

GOŚĆ BEZ BUTÓW CHODZI

14 lipca 2015
GOŚĆ - fabjulus

Radosne okrzyki dobiegające z wewnątrz nie pozostawiały wątpliwości: mimo, że do północy brakowało jeszcze trzech godzin, szał sylwestrowego melanżu zdążył już wkroczyć w fazę pełnego rozkwitu. Modląc się, żeby tym razem dzwonek przebił się przez masakrującą „Lambadę” Jennifer Lopez, jeszcze nacisnęłam na dzwonek do drzwi, tym razem wspomagając swój przekaz pełnym wdzięku kopem z kolanka w lakierowane drzwi wejściowe. Na szczęście, mój apel został usłyszany, bowiem już po chwili w zamku zadźwięczały klucze, po czym moje zmarznięte policzki owiała fala gorącego od nadziei na udaną domówkę powietrza, a w drzwiach stanęła pani domu. Z szerokim uśmiechem ucałowała mnie na powitanie, po czym zgarnęła ode mnie torbę z alkoholem i chipsami, i kazała się rozbierać. Wysupłałam się więc ze swojego puchowego kokonu a la Roger Moore w Alpach, zrzuciłam brudne i (nie czarujmy się) aseksualne emu i wydobyłam z torebki szpilki na zmianę. Dopiero po chwili, kiedy okulary odparowały mi po zmianie temperatur, dotarło do mnie, że moja mała czarna i fryzura na cebulę chyba nie są wystarczająco strojne na dzisiejszą okazję.

Gość w dom, syf w dom

Moja koleżanka miała na głowie skomplikowaną konstrukcję typu „wesele w Rogoźnej”, bogatą w brokat, sztuczne kwiaty i podpięte żabkami loki robione na prostownicy, podkreśloną przez makijaż inspirowany późną Violettę Villas, z niebieskim cieniem do powiek włącznie. Wybór cienia nie był zresztą przypadkiem, bowiem doskonale komponował się z satynową sukienką mini tego samego koloru. I choć jej długie, szczupłe nogi połyskiwały kusząco blaskiem czarnych pończoch z lycry, to nie wystająca spod sukienki koronka powaliła mnie w tej stylizacji najbardziej. Otóż moja koleżanka stała przede mną bosa.

– Nie musisz zakładać butów, mamy tu ciepło! – poinformowała mnie uczynnie.
– Wiem, ale te buty to element mojego stroju – odparłam pełna złych przeczuć, patrząc na jej estetycznie obnażone haluksy.
– Zdejmij. Wszyscy zdjęli – powiedziała już nieco chłodniej, po czym sięgnęła po króla argumentów: – Dziś tu myłam.

 

fot. parisiangentleman.fr

fot. parisiangentleman.fr

Trudno powiedzieć, czy moja koleżanka naprawdę myślała, że kiedy zorganizuje Sylwestra na dwadzieścia osób, uniknie sprzątania następnego dnia, z myciem podłóg włącznie. Wiem natomiast, że wyglądało to strasznie: kobiety w eleganckich kreacjach, pełnych makijażach i z czarnymi wzmocnieniami rajstop na palcach w charakterze uzupełnienia stylówki; mężczyźni w garniturach, podkreślonych awangardowo skarpetami. Popatrzyłam na nich, na nią, znowu na nich, znowu na nią, po czym zdobyłam się na odwagę i powiedziałam, że z szacunku dla niej i dla rangi imprezy, przyniosłam czyściutkie buty, prosto z pudełka, więc może spać spokojnie.

Dzięki swojemu uporowi, dwie godziny później jako jedyna uniknęłam katastrofy, gdy pewien andżej w skarpetkach wpadł w poślizg na plamie soku i stłukł tacę pełną kieliszków do szampana, dekorując podłogę tysiącami kawałeczków szkła. I musiałam sprzątać, bo nikt inny nie mógł się ruszać. Tak mnie pokarało za ten mój savoir-vivre…

Pójdę boso

– Cześć! Wchodź szybko, maluchy śpią – wyszeptała z typowym rozbieganym wzrokiem matki, która boi się, że jej dzieci się obudzą przed planowym końcem drzemki, a ona znów nie dopije herbaty. Popędziłam więc za nią do jadalni, a ona odetchnęła z ulgą, po czym spojrzała na mnie i z gracją Karola Strasburgera zasypała mnie serią pytań: – Kawa czy herbata? Jadłaś coś? Ile masz czasu? Chcesz kapcie czy wolisz być boso?

Przy okazji rozmów o ściąganiu butów podczas goszczenia w czyimś domu, zawsze znajduje się jakiś andżej, który upiera się, że ściąganie butów to wyraz szacunku. Wtedy jakaś halinka pyskuje, że w rozwiniętym społeczeństwie nie ściąga się butów podczas wizyt, a u nas ten zwyczaj wziął się ze wsi, kiedy to praandżeje nie chciały nanieść syfu z obory do izby. Na to drugi andżej, że nawet Japończycy ściągają i dylają w skarpetkach. Na to inna halinka, że nie róbmy sobie jaj z tym naszym szlachetnym rodowodem, bo prędzej wpłynęli na nas „Chłopi” niż „Shogun” – tą halinką jestem ja. Tylko że tym razem wpadłam do mojej koleżanki na szybką kawkę do trzypokojowego mieszkanka, a nie na uroczyste urodziny, a ona miała małe dzieci, których główną pasją było lizanie podłogi. Spoko. Wolałam boso. Szybko zrzuciłam buty i rozsiadłam się na kanapie, podziwiając skomplikowaną instalację artystyczną, złożoną z klocków, puzzli, mat i kojców, zdobiącą centralne miejsce w jej salonie.

 

fot. etsy.com

fot. etsy.com

Miesiąc później, to ona wpadła z wizytą do mnie.

– Mały śpi? – zapytała teatralnym szeptem, nieśmiało zaglądając do środka, a za nią zęby szczerzyły cztery inne twarze.
– Nie śpi, wchodźcie! – uśmiechnęłam się, wpuszczając wycieczkę do środka. Zanim zdążyłam zamknąć drzwi za piątym przybyszem, odkryłam, że czterech pierwszych zdążyło się już rzucić ku własnym sznurówkom.
– Nie zdejmujcie butów! – krzyknęłam zaskoczona.
– Zdejmiemy. Masz małe dziecko, przyzwyczajaj gości do ściągania butów – odezwała się na to ona.
Sama was tu zaprosiłam, jeśli nabrudzicie, to posprzątam – odparłam ucinając dyskusję.

Bo tak sobie myślę, że dom jest dla mnie, a nie ja dla domu, więc nie będę świrować dla czystej podłogi, a niektórych stóp nie chce oglądać nikt – nawet ich właściciel.

A wy jak? Czujecie się bardziej polską szlachtą czy Japończykami?