SPIS CUDZOŁOŻNIC

31 sierpnia 2015

MASZ RACJĘ

5 września 2015

PRZYJAŹŃ DLA ZAAWANSOWANYCH

3 września 2015
spis cudzoloznic

– Gdybym miał wyprowadzić się zagranicę, największym problemem byłoby zostawienie tutaj rodziny i przyjaciół – powiedział, gdy po raz kolejny googlaliśmy sobie rajskie plaże, snując wizje wyprowadzki do krainy, w której nie ma zimy ani polskich dróg.
– Przyjaciół? Serio? – zdziwiłam się. – Kogo masz na myśli?
– No, wiesz, Andżeja, Mietka, Mariana…
– Teraz mieszkamy w tym samym mieście, a ostatni raz z Mietkiem widziałeś się trzy miesiące temu, a z Marianem chyba cztery.
– Nieprawda, ostatnio wpadłem na niego w Lidlu! – oburzył się on.
– Faktycznie, cóż za więź… – parsknęłam, patrząc na niego z pobłażaniem.
– Nie muszę się z nimi spotykać, żeby czuć z nimi więź – powiedział.
– Wobec tego wyprowadzka do Słońcewa niczego by nie zmieniła – odparłam.
– To nie to samo – rzucił, powiększając zdjęcie kangura. – Lubię mieć świadomość, że w razie czego, są pod ręką.

Forever

Pierwsza była w przedszkolu. Fundamentem naszej przyjaźni była wspólna miłość do „Czarodziejki z Księżyca” i karteczek z Just 5. Niestety, nasza więź nie przetrwała pewnego feralnego popołudnia, kiedy to o coś się pokłóciłyśmy i ona mnie ugryzła, a ja uderzyłam ją z liścia. Albo odwrotnie. Jej miejsce szybko zajęła inna koleżanka, z którą przyjaźniłyśmy się tak intensywnie, że aż wychowawczyni w pierwszej klasie postanowiła nas rozdzielić. Niestety, nowa koleżanka z ławki tak spodobała się mojej przyjaciółce, że zajęła moje miejsce w jej sercu, przez co przestałyśmy się razem bawić na przerwach i stawać w pierwszej parze. W tej sytuacji nie miałam wyjścia i zawarłam sojusz z byłą najlepszą przyjaciółką obecnej najlepszej przyjaciółki mojej byłej najlepszej przyjaciółki. Wspólny wróg okazał się być znakomitym cementem związku, bowiem rozdzieliła nas dopiero moja przeprowadzka, cztery lata później. Czwarta najlepsza przyjaciółka płynnie zmieniła się w piątą i szóstą, w wyniku intensywnego eksplorowania nowo odkrytego zjawiska znanego powszechnie jako „obrabianie dupy”. Siódma była w gimnazjum i była świetna, ale nasze drogi rozeszły się, gdy poznałam numer ósmy, prawdziwą perłę wśród blondynek, a krótko potem numer dziewiąty. Ósemki i dziewiątki już nie porzuciłam, za to w liceum do kolekcji dołączyła dziesiątka, a na studiach – jedenastka.

Moja droga Puma, usiłując być na bieżąco z moim burzliwym życiem towarzyskim, cyklicznie pytała mnie „kto teraz jest moją najlepszą przyjaciółką”. W odpowiedzi zawsze słyszała „mamoooooo, to chyba oczywiste, że Halinka/Mariolka/Tereska. I tym razem to już jest prawdziwa przyjaźń, taka na zawsze!„.

Nowy model

– Znalazłam nasze listy z gimnazjum! – wykrzyknęła do słuchawki Meduza.
– Aaaa! Myślałam, że zaginęły w wirze przeprowadzek! – pisnęłam i zaczęłam podskakiwać z radości.
– Ja też, a one sobie spokojnie spały między zeszytami do niemieckiego! Przysięgam, to jest najśmieszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek czytałam, muszę ci to skserować! – ciągnęła ona.
– Musisz! Spotkajmy się w tym miesiącu! – odparłam entuzjastycznie.
– Tak zróbmy! Ej, Dżej, wszystko okej? – zapytała nagle z troską, przypadkowo rymując niczym młody Mezo. – Bo tak sapiesz…
– Skaczę w miejscu – odparłam zgodnie z prawdą.
– Aha. No jasne. W takim razie przyszły weekend! – ustaliła ona. Zapiszczałyśmy z radości, żeby nadać planom moc urzędową.

Nie spotkałyśmy się w tamten weekend. W ogóle nie spotkałyśmy się w tamtym miesiącu. Ani w następnym. Nie było czasu. Dziesięć lat temu nie mogłyśmy wytrzymać bez siebie dwutygodniowych ferii zimowych, więc pisałyśmy do siebie po kilka maili dziennie, w których szczegółowo informowałyśmy się, jakie mamy aktualnie zagęszczenie pryszczy na centymetr kwadratowy czoła, czy na wyciągu znowu ktoś zapytał nas, czy jesteśmy z Rosji, a także dlaczego nasi rodzice nie znają życia. Każda lekcja polskiego obfitowała w pięć do ośmiu karteczek pełnych zgryźliwych komentarzy dotyczących garderoby nauczyciela, który na świecie wierzył tylko w związki frazeologiczne oraz że sztruksy w kolorze khaki pasują do wszystkiego. Dzisiaj obie mamy telefony w kieszeniach, samochody pod domem i zero czasu, żeby być na bieżąco, bo remont taki męczący, etat taki pełen, a dzieci takie raczkujące. Nie szkodzi – kiedy już się spotykamy, znowu mamy piętnaście lat i otwieramy wino szydełkiem, a Britney wiąże biodrówki rzemykiem.

przjazn2

Starość, panie

Długo na myśl o utraconych przyjaźniach towarzyszyło mi uczucie porażki. Dopiero jakiś czas temu dotarło do mnie, że niektórzy ludzie wpadają do mojego życia z konkretnym zadaniem do wykonania – żeby przedstawić mi innych ważnych ludzi, odkryć przede mną świat Kardashianek, uświadomić mi, że nigdy tak naprawdę nie lubiłam mięsa lub powiedzieć, że w niebieskim mi do twarzy. Kiedy wykonują swoją misję, nasze ścieżki się rozchodzą i każdy idzie w swoją stronę, bogatszy o nową wiedzę o sobie lub o świecie – i nie ma w tym nic złego. Na stałe zostają tylko nieliczni masochiści, którzy stawili czoła moim niezliczonym kryzysom życiowym, niefortunnym decyzjom stylistycznym, transformacjom osobowości i potężnym kacom, a mimo to nie wymiękli. Piona dla nich! I wino. I bezalkoholowy radler dla tej, która nigdy nie pije.

I tak sobie myślę, że nie szkodzi, że czasem nie mamy dla siebie czasu. Lubię mieć świadomość, że w razie czego, są pod ręką.

Kogo nazywacie swoimi przyjaciółmi? Macie wokół siebie osoby, dopasowane do Was jak szkolne trampki w listopadzie?