Przełóż karty i pytaj, o co chcesz, czyli poszłam do wróżki

28 stycznia 2018

Dlaczego zawsze (ZAWSZE!) musisz mieć ze sobą telefon w klubie fitness?

20 kwietnia 2018

10 rzeczy, które chcę zrobić przed trzydziestką

18 kwietnia 2018

A to było tak. Miałam sen. Ale nie taki, jak Martin Luther King, po którym zmieniłam świat, wywołałam rewolucję, zwalczyłam rasizm i zapisałam się na kartach historii. Niestety, mój sen zalicza się raczej do kategorii nieznaczących, ale wystarczy, że zamieszał mi nieco w głowie i sprawił, że przez kilkanaście minut po przebudzeniu byłam nieco oszołomiona.

Bo wiecie, z moimi snami bywa tak, że wywołują bardzo prawdziwe uczucia. Jak wtedy, kiedy w szóstej klasie szkoły podstawowej śniło mi się, że kolega z klasy, w którym byłam szaleńczo zakochana przez cały semestr, kompletnie nie spełnił moich oczekiwań, więc wstałam rano i okazało się, że już się odkochałam. Zaowocowało to zresztą kilkoma nieprzyjemnymi lekcjami matematyki, na których siedzieliśmy obok siebie, albowiem wspomniany kolega właśnie zaczynał odwzajemniać moje uczucie i w sali z wielkimi ekierkami wysyłał mi liściki, że chce ze mną chodzić i być może nawet trzymać się za ręce przed wuefem, a ja próbowałam mu wytłumaczyć, że przed wuefem to ja jednak nie mam czasu, bo muszę zdążyć zjeść kanapkę i przebrać się przed zbiórką.

Albo jak wtedy, kiedy przedawkowałam zdjęcia Natalii Siwiec i przez kilka dni chodziło mi po głowie, że może powinnam obciąć włosy. A potem przyśniło mi się, że miałam pięknie obcięty bob, który kompletnie nie chciał mi się układać, więc obudziłam się ze śmiercią w oczach i mocnym postanowieniem zapuszczania włosów do pasa. Rozumiecie, takie problemy ludzi pierwszego świata…

W każdym razie, tym razem sen był o tym, że stał przede mną tort z trzydziestoma świeczkami, dookoła mnóstwo życzliwych twarzy entuzjastycznie śpiewało mi „sto lat”, a ja… wpadłam w panikę, że ja się nie zgadzam i to musi być jakaś pomyłka, bo przecież nie jestem na to gotowa i jeszcze nie zdążyłam zrobić wszystkich rzeczy, jakie miałam zrobić przed trzydziestką.

Jakich rzeczy?

No, właśnie. Doskonałe pytanie. Tak bardzo nie wiedziałam, o co mi mogło chodzić, że aż postanowiłam zapytać Was na Instagramie.

I doprawdy, chwała niebiosom, że Was mam, andżeje i halinki, bo pomogliście mi to ustalić!

Zazwyczaj najlepszych jest tych kilka sekund po przebudzeniu, kiedy jeszcze nie wgrają Ci się wszystkie dyskietki i przez moment nie pamiętasz o przytłaczających problemach, wyzwaniach i zadaniach, z którymi musisz się zmierzyć jak tylko postawisz stopy na podłodze. Nie dzisiaj. Dzisiaj przez tych kilka sekund nadal myślałam, że sen, który się właśnie skończył, wcale nie był snem. A śniło mi się, że stał przede mną tort z wielką trzydziestką, a ja, w stanie głębokiego szoku, płakałam, że jak to możliwe i że nie jestem na to gotowa, bo nie zrobiłam wszystkich rzeczy, które chciałam zrobić zanim „zmienię kod” ‍♀️ I teraz, już na jawie, znów zmiażdżona przez rzeczywistość, nadal myślę… Trzydziestka niedługo… Chyba pora zrobić listę, żeby zdążyć przed urodzinami, nie? Tylko co na nią wrzucić? Gdzie chcę pojechać, co chcę zobaczyć, co przeżyć, co przepracować? Jakie spełnić marzenia? Które demony zabić? Skok ze spadochronem, miesięczna medytacja w klasztorze, zobaczenie zachodu słońca na plaży w Kenii, opanowanie nowego języka, zdobycie K2, powstrzymanie puszenia włosów podczas upału? Co by się znalazło na Waszej LIŚCIE CELÓW? Piszcie, zainspirujcie mnie, pomóżcie stworzyć top 10 Jeszcze zdążę!!! PRAWDA? ‍♀️‍♀️‍♀️ #bucketlist

Post udostępniony przez Julia Oleś (@fabjulus)

Po co mi ta lista?

Część z Was bardzo kulturalnie mnie pytała, o co mi znowu chodzi i czy przypadkiem sufit na łeb mi się nie spadł, bo takie listy to absurd. I trzeba żyć tu i teraz. I realizować swoje marzenia na bieżąco.

Otóż nie.

To znaczy, może u Was to się sprawdza. Ja jednak wiem, że w moim życiu wypełnionym po brzegi atrakcjami typu szesnastogodzinne dyżury w pracy i stany przedzawałowe raz miesiącu, tak łatwo przegapić zmianę miesiąca, pory roku i obowiązujących trendów w kroju dżinsów, że jeśli sobie tego nie zapiszę, to jest szansa, że się nie wyrobię. A wiecie, czasu mam jakby mało…

No, to lecimy z tym światem.

Oto lista rzeczy, które muszę zdążyć zrobić przed trzydziestką:

1. Zobaczyć Rzym

Serio, to już powoli jest wstyd, żeby Europejka nigdy nie zobaczyła Wiecznego Miasta. Zwłaszcza taka, która wielokrotnie była już we Włoszech. A także w różnych innych krajach świata, w których z poważną miną potakiwała, gdy towarzysze podróży mówili rzeczy w stylu „mój Boże, klimat żywcem wzięty z Piazza Navona!”, tudzież „nie sądzisz, że cesarz Wespazjan chciał tu odtworzyć Koloseum?”. Daj mi spokój, Halina, Colosseum to jest taka dyskoteka w Chojnicach i tam też jeszcze nie byłam!

2. Skoczyć na bungee

Jedna z tych rzeczy, które chciałam zrobić, odkąd dowiedziałam się, że istnieją. Jak tatuaż. Jak czekoladowe ciasto-lawa. Jak porządek w szufladzie ze skarpetkami. I jako jedynej rzeczy w tym zestawieniu, jeszcze nie udało mi się jej zrobić. Moje marzenie o skoku w otchłań jest o tyle zabawne, że teoretycznie… mam lęk wysokości. Bez sensu? Wiem. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Po prostu wiem, że muszę.

3. Zrobić prawo jazdy na motocykl

Tak, Tato, wiem, że dawcy organów, śmierć w oczach, komary w zębach. Ja to wszystko pamiętam. Ale to moja jedyna szansa, żebym choć trochę zbliżyła się do Lary Croft.

L

4. Opanować francuski

Uczyłam się tego języka przez 6 lat. A potem poszłam na studia, a część mózgu odpowiedzialna za żemapel ustąpiła miejsca teoriom makroekonomicznym. Nie żałuję, nie ma to jak odrobina Keynesa do porannej kawy, ale francuskiego trochę szkoda. Swoim poziomem zaawansowania niebezpiecznie zbliżam się bowiem do levelu Joeya Tribbianiego…

Najśmieszniej było jednak, kiedy pojechałam do Maroka. Choć francuski już nie jest tam językiem urzędowym, posługują się nim wszyscy, zwłaszcza w turystyce. Pierwszego dnia tęskno zerkałam na tablice informacyjne po francusku, żartując, że pewnie gdybym strzeliła sobie drinka dla kurażu, okazało by się, że pamiętam więcej, niż mi się wydaje. Drugiego dnia, po dwóch kieliszkach Odwagi w Bąbelkach, płynnym francuskim porozumiewałam się z kelnerami i żartowałam z emerytami z Lozanny nad basenem. I sama nie wiem, kto był bardziej zaskoczony: towarzysze mojej podróży czy ja.

5. Zatańczyć bachatę do Loco

Podejścia do salsy miałam trzy. Jedno nawet bardzo udane – z moim ówczesnym partnerem tanecznym potrafiłam zatańczyć cały, bardzo efektowny układ. Niestety, kompetencje taneczne zanikają u mnie jeszcze szybciej, niż umiejętność odmiany czasowników nieregularnych po francusku, więc dziś z tamtego okresu potrafiłabym odtworzyć jedynie glebę, jaką zaliczyłam, kiedy zahaczyłam obcasem o kabel wzmacniacza.

I pewnie bezpowrotnie porzuciłabym marzenia o wirowaniu na parkiecie, gdyby nie to, że od trzech lat nie opuszcza mnie obsesyjne pragnienie sprostania wyzwaniu Enrique. Tak, będę z Wami całkowicie szczera: jestem totalnie loco na punkcie Loco.

Najmocniej przepraszam, ale kiedy słyszę ten kawałek, tańczy we mnie wszystko, łącznie z rzęsami, a nogi nie potrafią nadążyć. BŁAGAM, NIECH KTOŚ WRESZCIE ZATAŃCZY ZE MNĄ BACHATĘ DO LOCO!

6. Znaleźć plażę idealną

Tutaj trochę się waham, bo naprawdę mam wątpliwości, czy zdążę przed trzydziestką. Ale marzyć warto, zwłaszcza, że mówimy tu o rzeczach poważnych, ostatecznych i życiowej wagi. Czyli o wakacjach.

Na Zanzibarze byłam już naprawdę blisko ideału, ale to ciągle nie jest poziom spotu reklamowego Bounty. Ma być biały, pudrowy piasek, czysta linia brzegowa, bez śmieci, glonów i wodorostów, a także turkusowy, ciepły ocean. Jeśli wiecie, gdzie znajdę Plażę Wszystkich Plaż, dajcie koniecznie znać!

7. Pójść na koncert idola z dzieciństwa

Moja mała, wewnętrzna Juleczka zasługuje na spełnienie dziecięcego marzenia. Nie będę wybredna, to może być koncert Spice Girls albo Spice Girls. W grę wchodzi też Spice Girls, ale tak prawdę najlepiej by było, gdyby udało mi się zobaczyć na żywo Spice Girls.

Czy ktoś wie, gdzie mogę dostać body Ginger Spice?

Czy ktoś wie, gdzie mogę dostać body Ginger Spice?

8. Opanować kite surfing

Tutaj muszę się pochwalić, że pierwsze kroki zostały już poczynione. Jestem dumną posiadaczką pięknej pianki i kasku. To przecież oczywiste, że każde podejście do nowego sportu trzeba zacząć od zakupów, prawda? Nie będę kłamać, nieco zniechęciło mnie, że w sklepie nie było ani jednej różowej pianki (jak to możliwe? NO JAK?!). Mało tego, kask mogłam wybrać pomarańczowy lub zielony. Policja była bezsilna. I choć od tych traumatycznych chwil minął już rok, to trudne wspomnienie nadal boli…

To jednak nie wszystko: po zaopatrzeniu się w sprzęt w upokarzających barwach szarości i zieleni, zapłaciłam za 10 lekcji z instruktorem. Tylko że poszłam na dwie. Bo nie wiało. Ale w tym roku to opanuję, nie ma zmiłuj!

9. Spłacić kredyt

To jest dopiero krejzi pomysł, nie? Ale jak szaleć, to szaleć! Został mi już tylko jeden kredyt i powiem Wam, że nie mam większego marzenia, niż to, żeby oddać cesarzowi co cesarskie bankowi co bankowe. Ale ja to zrobię, mówię Wam!

10. Puścić opowieść w świat

Dla części z Was nie jest żadną tajemnicą, że od pewnego czasu pracuję nad formą nieco bardziej zaawansowaną niż notka na blog. Jest pewna historia, która chce zostać opowiedziana. I opowiem Wam ją zanim skończę trzydzieści lat. A potem opowiem następną. I jeszcze jedną. Ale to już pewnie raczej po trzydziestce…

A co z Wami?

Co znalazło by się na Waszej liście rzeczy, które chcielibyście zrobić przed kolejnym okrągłym jubileuszem? Macie jakieś szalone marzenia i plany? Dajcie znać! ❤

Love,

Fab