10 rzeczy, które chcę zrobić przed trzydziestką

18 kwietnia 2018

SKOCZYŁAM NA BUNGEE! CZYLI JAK TO JEST MYŚLEĆ, ŻE UMIERASZ…

25 kwietnia 2018

Dlaczego zawsze (ZAWSZE!) musisz mieć ze sobą telefon w klubie fitness?

20 kwietnia 2018

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Mało tego, wydarzyła się dzisiaj. Mało tego, wydarzyła się godzinę temu.

Oczywiście mogłam zrobić sobie fotkę na tle kolorowych piłek i wielkiego lustra, a następnie wrzucić ją na Insta z tagami #potrenowane i #fitfriday, ale znacie mnie, jestem Fab i jestem szalona, więc zamiast tego powiem Wam prawdę.

Szaleństwo?

Zgadzam się. No, ale trudno.

Poza tym, szaleństwo tak naprawdę się zaczęło, kiedy dzisiaj w okolicach godziny 16.00 stwierdziłam, że muszę zmienić swoje życie, wyprodukować sobie nieco endorfin i nieco się rozruszać, bo kiedy sobie podsumowałam zakończony tydzień temu półroczny sezon padaki atmosferycznej, doszłam do szokującego wniosku, że od pół roku nie byłam w siłowni. A że mieszkam jakieś 500 metrów od sporego klubu fitness, chwilę później googlałam sobie jego ofertę, wybierając z szerokiego katalogu skomplikowanie brzmiących zajęć w grupach.

Wybór był spory, ale tylko jedne zajęcia były oznaczone w grafiku kolorem różowym, więc umówmy się – było pozamiatane. Zwłaszcza, że zajęcia opisano jako średnio zaawansowane, rytmiczne, z muzyką, angażujące całe ciało i spalające tłuszcz.

Idealnie.

Spakowałam swoje najlepsze pro-wdzianko w geometryczne wzory i bez wahania wbiłam na siłkę. Ach, jakże przyjemne było to uczucie! Przez długie lata okoliczne kluby fitness były dla mnie jak drugi dom. Pięć treningów w tygodniu, jogging, pilates, joga (przez 2 lata byłam nawet jej instruktorką). Treningi w ciąży i po ciąży. Zdrowe żywienie. Piłka i hantle w domu. Ciuchy rozmiar S. Wiecie, FitFab, to chyba oczywiste, nie?

Tak więc przeobraziwszy się w treningowy automat, z dziecięcym entuzjazmem wpadłam na salę. Rozejrzałam się. Około 20 osób w różnym wieku, płci obojga, szczupli, zaokrągleni, umięśnieni i wiotcy. Dam radę – pomyślałam.

Sympatyczna Pani Instruktorka na dzień dobry zarządziła, że mamy sobie wziąć materace i sztangi. I że mamy sobie skomponować obciążenie według własnego uznania.

Jak to, kurde, sztangi?!

Dobra, jestem Fab, ja nie wymiękam. Wiadomo. Podeszłam do stelażu ze sprzętem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że w charakterze sztangi w zupełności wystarczyłby mi sam gryf, bez obciążenia, bo jak go podniosłam, to aż jęknęłam. Zerknęłam na kolorowe talerze. Takie śliczne. Takie radosne. Takie niepozorne. Wzięłam 4 kg.

To był błąd.

Zaczęliśmy od rozgrzewki. Trucht w miejscu, przysiady, podskoki, wykopy. Standard. Po dwóch minutach nie mogłam złapać tchu. Po trzech zaczęłam odmawiać w myślach koronkę do miłosierdzia bożego. Po czterech zobaczyłam, że dzwoni mój telefon, więc chwyciłam go z miną Bardzo Profesjonalnej I Zapracowanej Osoby, Która Ubolewa, Ale Niestety Nie Ma Wyjścia I Musi Odebrać, wypadłam za drzwi i odebrałam, wysapując z siebie żałosne „taksuam”.

Radio Złote Przeboje poinformowało mnie, że nadal mam szansę w walce o 53 tysiące złotych.

Poczekałam chwilę, a kiedy przestałam już charczeć jak zepsuta kosiarka, otarłam strumień potu z czoła i wróciłam na salę. Okazało się, że rozgrzewka się skończyła i Pani Instruktorka pokazuje, jak prawidłowo robić martwy ciąg ze sztangą.

Pięć minut później, na czworakach wyszłam z sali z dzwoniącym telefonem w dłoni. Nie odebrałam. Nie miałam siły. Wróciłam jak tylko znów zaczęłam widzieć kolory.

Trzeciego telefonu dziesięć minut później już nawet nie próbowałam odebrać. Słyszałam, że dzwoni, ale żeby po niego sięgnąć, musiałabym wstać z materaca. Nie było takiej możliwości.

Do końca zajęć dotrwałam tylko dlatego, że żeby wyjść z nich przed czasem, musiałabym zanieść sztangę na stojak na drugim końcu sali, a niestety nie mogłam ufać własnym nogom. Kiedy po najdłuższej godzinie w historii ludzkości Pani Instruktorka „podziękowała nam za świetny trening”, miałam ochotę popłakać się ze wzruszenia, przytulić ją i podziękować rodzicom, Bogu i Amerykańskiej Akademii Filmowej za to wyróżnienie. Nie zrobiłam tego, bo i tak bym do niej nie doszła.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to dopiero początek moich przygód!

Bo, widzicie, szatnia była piętro niżej. I trzeba było do niej zejść po schodach. Nie wiem, kto to wymyślił, ale jeśli znacie typa, zadzwońcie do niego i zaproponujcie mu, żeby odpalił sobie monitoring z dzisiaj. O godzinie 19:58 ma tam prawdziwe złoto. Gdyby miał wątpliwości, kogo szukać, to chodzi o tę laskę, która na drugim stopniu udaje, że wczytuje się w Bardzo Ważnego Smsa Z Pracy, Który Nie Może Czekać, a kiedy już wszyscy ją mijają, siada na schodach, przytula barierkę i usiłuje się ześlizgnąć na dół.

W szatni przebrałam się z szerokim uśmiechem – trochę dlatego, że nie mogłam uwierzyć, jak idiotyczna scena właśnie się rozegrała, trochę dlatego, że wiedziałam, że za moment będę musiała wrócić tymi samymi schodami na górę, więc będzie jeszcze śmieszniej.

Nie pomyliłam się. Wyobraźcie sobie, że tak się przypadkowo złożyło, że w ciągu tych kilku chwil dostałam niezliczone Niesamowicie Absorbujące I Niecierpiące Zwłoki Maile Z Pracy, Które Wymagały Natychmiastowej Interwencji. Niektóre nawet wymagały, żebym na chwilę usiała na schodach i łapała oddech!

Kiedy dokuśtykałam do samochodu, okazało się, że nie mam siły wcisnąć sprzęgła, więc do domu pojechałam na jedynce. Nie zmieniłam biegu ani razu. Całe szczęście, że to tylko 500 metrów…

I powiem Wam tyle. Jeśli tylko jutro nie amputują mi łydek z powodu martwicy, zamierzam wrócić tam we wtorek. A potem w piątek. I w następny wtorek. I latać tam tak długo, aż będę w stanie wykonać wszystkie ćwiczenia bez kryzysów wiary w Boga, zaburzeń wzroku i napadów płaczu.

Ale wszystkich swoich nowych znajomych z siłowni lojalnie uprzedzam, że to bardzo prawdopodobne, że od czasu do czasu będę musiała odebrać jakiś ważny telefon na osobności…