Moja Babcia, oszustka

8 maja 2018

Dlaczego postanowiłam wystartować w wyborach

16 maja 2018

Fabjulusowa baza seriali – czyli pomarnujmy razem trochę czasu

11 maja 2018

Serialowy live na Instagramie spotkał się z odzewem, jakiego się nie spodziewałam. Zgodnie z obietnicą podsumujemy więc dzisiaj wszystko to, o czym rozmawialiśmy w środę!

Fab i seriale

Pierwsza była „Doktor Quinn”. Aczkolwiek będę szczera: prawdopodobnie około 70% mojego zaangażowania w fabułę było zdeterminowane przez głębokie uczucie, jakim obdarzyłam tego jegomościa:

o6fktkqturbxy9mzjvlytc2yjy0ntq1m2myndyxztm3ztbmyjyyzgi5ns5qcgvnkpudafxnalfnavctbc0dfm0bva

Jako że miałam sześć lat, a pierwsza miłość jest zawsze najsilniejsza, wiernie śledziłam losy ambitnej pani doktor i jej długowłosego chłopaka na dzikim zachodzie. Co niedzielę o 18.00 zasiadałam przed telewizorem, żeby przeżywać brak sterylnej gazy, porody kleszczowe w wąwozach i zawody miłosne Horacego.

A potem długo, długo nic. Do czasu…

Najpierw byli (niespodzianka!) „Przyjaciele”, a potem już poszło z górki, bo w odległej Hameryce pewnego dnia któryś scenarzysta wstał rano i postanowił, że zmieni branżę i zacznie pisać seriale przewyższające fabularnie wszelkie holiłudzkie superprodukcje. W ślad za nim podążyli koledzy i koleżanki z branży, i tak oto weszliśmy w Erę Seriali.

Poniżej znajdziecie mój subiektywny przegląd seriali, które uważam za aktualnie godne uwagi. Pominę klasyki sprzed lat takie jak „House”, „Breaking Bad”, „Dexter”, „Mad men”, „Jak poznałem Waszą matkę” czy „Gotowe na wszystko”, bo to już naprawdę wszyscy widzieli, poza tym, gdybym chciała uwzględnić każdy dobry serial w historii telewizji, pisałabym tę notkę do września 2021 roku, a nie mogę sobie na to pozwolić, bo w poniedziałek muszę jechać do Warszawy, a za tydzień mój syn ma przedstawienie w przedszkolu, więc sami rozumiecie…

Moje kryteria były następujące:

1. Serial nadal jest produkowany lub skończył się nie dalej niż 3 lata temu.

2. Zobaczyłam wszystkie odcinki i biorę odpowiedzialność za swoją rekomendację.

3. Jestem z Wami szczera, nawet jeśli serial jest nieco obciachowy, bo kto wie – może jest wśród Was ktoś, komu też się spodoba i ubarwi życie!

No, to lecimy!

1. Narcos

Zaczynamy przewidywalnie, ale przecież nie będę udawać, że nie oglądałam tego serialu z zachłannością heroinisty na głodzie, skoro oglądałam. Geeeee-niaaal-ny! Serial dokumentujący losy kokainowego imperium w Kolumbii, skonstruowany tak, że widz, mimo że doskonale wie, kto tu jest be, a kto cacy, całym sercem kibicuje Pablowi Escobarowi, co generuje pewien dysonans poznawczy, ale jak szaleć to szaleć. W ostatnim sezonie początek był nieco nierówny, najprawdopodobniej dlatego, że brakowało jednego, konkretnego bohatera i jednego, jeszcze konkretniejszego antagonisty, ale jak się potem rozkręcili, to aż mi z Netfliksa drzazgi leciały! Bonusowa wartość dla mnie: Medellin w Kolumbii, czyli światowa stolica kokainy, w której toczy się akcja serialu, to właśnie to miejsce, w którym mój dziadek i jego kolumbijska żona postanowili sobie wybudować domek.

Spoko, dziadku, możesz dalej mówić, że chodziło Ci o dobrą kawę i widoki, będę udawać, że Ci wierzę.

2. 3%

Serial produkcji brazylijskiej. Ha! Wiem, co sobie pomyśleliście! „Esmeralda”, „Rosalinda”,  „Oczy zbuntowanego anioła”, „Łokcie smutnego diabła”, „Namiętności Juana Carlosa” i dużo, dużo zbliżeń na twarz.

Otóż nie.

„3%” to wyprodukowana na zlecenie Netfliksa antyutopia. Rzecz się dzieje w przyszłości, a w wyniku bliżej niezidentyfikowanego kataklizmu, ludzkość żyje w slumsach, gdzie walczy o przetrwanie. Tylko 3% populacji dostąpi zaszczytu życia na rajskiej wyspie. Kto? O tym decydują coroczne eliminacje, które mają wyłonić wybitne jednostki.

Powiem Wam tyle: „Igrzyska śmierci”, tylko że ambitniejsze, lepiej napisane i nie dla dzieci. Bardzo, bardzo polecam.

3. Sposób na morderstwo

Przysięgam, ten serial jest zakręcony jak słoik dżemu. Amerykańska uczelnia, najzdolniejsi studenci prawa i wymagająca pani profesor, która jest wybitną karnistką i słynie z wysokiej skuteczności na sali sądowej. Na dzień dobry dostajemy akcję toczącą się w równolegle w dwóch momentach: na początku roku akademickiego i na jego końcu. Wiemy, że ktoś kogoś zabił. Nie wiemy kto ani kogo, ale wiemy, że ktoś próbuje to ukryć. Serial osiągnął mistrzostwo świata i Chin w zostawianiu „cliffhangerów”, czyli kończeniu odcinków w sposób, który sprawia, że musicie, PO PROSTU MUSICIE odpalić kolejny, bo wiecie, że nie dacie rady żyć w niepewności. Plus mega mocna postać kobieca w roli głównej, a to się rzadko zdarza.

4. The Good Place

Urocza blondyneczka budzi się rano, żeby odkryć, że umarła i znalazła się w raju. Niestety, po krótkiej rozmowie ze swoim „przewodnikiem” odkrywa, że doszło do pomyłki i tak naprawdę miała pójść do piekła, bo była okropnym człowiekiem. Postanawia jednak zachować ten szczegół dla siebie i zrobić wszystko, żeby nikt w niebie nie zorientował się, że tam nie pasuje… Genialny, błyskotliwy serial komediowy BEZ śmiechów z taśmy, za to z kosmicznymi zwrotami akcji. Mój faworyt ostatnich miesięcy!

5. House of cards

Wiadomo. Nie opisuję, bo wiadomo. Ale musiałam umieścić, bo wiadomo. Trochę się boję, co zrobią z następnym sezonem, bo wiadomo. Ale i tak uwielbiam.

6. Suits

Jak wyżej. Kocham, kupuję mimo przegiętego scenariusza, nierealnej garderoby głównych bohaterek i fototapety za oknem w biurze Harveya. A odkąd przeżyłam kąpiel w gorącym błocie, mam nowy szacunek dla Louisa.

7. The Affair

Szanowni Państwo, co tam się dzieje! Niby temat smętny: znudzony, bogaty ojciec rodziny wielodzietnej podczas wakacji u teściów poznaje kelnerkę, z którą nawiązuje romans. On jest żonaty, ona jest mężatką, więc dzięki jednej, szybkiej decyzji, cztery osoby wplątane są w tyleż banalną, co przykrą sytuację życiową. ALE: narracja serialu prowadzona jest dwutorowo. Najpierw widzimy świat oczami głównego bohatera. A potem dokładnie to samo – oczami bohaterki. I okazuje się, że każde z nich widzi coś zupełnie innego. GENIALNE posunięcie, które bardzo daje do myślenia…

8. Jane the virgin

Amerykańska wariacja na temat wenezuelskiej telenoweli. Młoda dziewczyna z katolickiej rodziny, w dodatku dziewica, przez przypadek zostaje sztucznie zapłodniona przez swojego ginekologa, a dziecko, którego się spodziewa, to potomek bogatego przystojniaka. Który jest jej szefem. W którym ona podkochuje się od lat. No naciągane i bez sensu, wiadomo. Tylko że serial jest zrobiony z tak uroczym luzem i przymrużeniem oka, że kupiłam tę konwencję, przytuliłam do serca i uważam, nie niewiele jest rzeczy, przy których można wyluzować się tak, jak przy losach Jane. Bo wiecie, niektóre rzeczy są po prostu jak guma do żucia dla mózgu: mają być przyjemne, nie rzucać nam szczególnych wyzwań i czymś nas zająć.

9. The let down

Ten serial zrozumieją tylko młodzi rodzice. Ze wskazaniem na matki. Ale nie tylko. Moje najnowsze odkrycie na Netfliksie. Serial komediowy, ale ja w sumie nie wiem, z czego tu się śmiać, skoro to jest wyłącznie… brutalna prawda. Australijski serial o młodych matkach, które usiłują odnaleźć się w nowej roli, ale nie bardzo dają sobie radę, więc szukają pomocy w lokalnej grupie wsparcia. Ich ciała odmawiają im posłuszeństwa, dzieci śpią nie wtedy, kiedy powinny, znajomi nie wiedzą, jak się zachować, piersi ciekną, wory pod oczami rosną, wózki nie chcą się rozkładać, a partnerzy nie są takim wsparciem, jakiego oczekiwały. Młode mamy, które czują, że są beznadziejne i nic im nie wychodzi i młodzi ojcowie, którzy nie wiedzą, jak sprostać nowej roli, mimo że bardzo chcą. No mówiłam Wam: samo życie!

10. Homeland

Czy jest na sali ktoś, kto nie zna Homeland? Tych, którzy nie znają informuję, że w serialu chodzi o oficera amerykańskiej armii, który przez lata uznawany był za poległego w Iraku, ale nagle okazuje się, że żyje, więc wraca do kraju, odbity przez kolegów z armii. Opinia publiczna i rodzina mają go za bohatera. CIA podejrzewa jednak, że sierżant Brody został zwerbowany przez Al-Kaidę i wrócił do kraju tylko po to, żeby go zdradzić… Mocna rzecz. Zobaczcie.

11. American Crime Story

Bardzo udana próba odtworzenia zbrodni, które wstrząsnęły amerykańską opinią publiczną. W sezonie pierwszym: sprawa O.J. Simpsona. W drugim: zabójstwo Gianniego Versace. Serial o tyle nietypowy, że od początku wiemy, jak się skończy, bo fabuła jest wiernym odtworzeniem faktów. A i tak nie można się oderwać. W dodatku nie znam ani jednej osoby, która nie byłaby pod wrażeniem tego serialu…

12. Big little lies

Wymieńmy słabe punkty tego serialu: nie ma drugiego sezonu. Dziękuję za uwagę.

Do „Big little lies” mam słabość nie tylko ze względu na to, że jest świetnym serialem, ale również dlatego, że za jego powstaniem stoi bardzo inspirująca wizja. Pamiętacie mój wpis o motywujących kobietach? Jeśli nie, koniecznie tam zerknijcie, a wszystko stanie się jasne! Jedną z nich była bowiem Reese Witherspoon, która nie tylko zagrała jedną z głównych ról w tym serialu, ale również była jego producentką. Misja firmy producenckiej Reese jest prosta: oddać kobietom głos. I dokładnie to robi „Big little lies”. Jeśli nie znacie – warto nadrobić.

13. Młody papież

Zanim do tego siądziecie, musicie zadać sobie pytanie, czy lubicie filmy Sorrentino. Bo jeśli nie lubicie, to oglądanie tego serialu to jest „moo point” (hermetyczny żart, nie mogłam się powstrzymać) – czyli nie ma sensu, bo serial Was znudzi i zmęczy. Jeśli lubicie – zachwyci Was ten klimat, młodego, atrakcyjnego papieża leniwie przechadzającego się po ogrodach Watykanu u palącego fajkę, podczas gdy biskupi usiłują snuć intrygi za jego plecami. Jeśli natomiast jesteście fanami Jude’a Law, powyższy wywód jest „moo point” i po prostu musicie to zobaczyć.

14. Grace&Frankie

Dwie starsze panie, których mężowie wspólnie prowadzą kancelarię prawną od kilkudziesięciu lat, podczas niedzielnego obiadku dowiadują się, że panowie od lat są kochankami i odchodzą od swoich małżonek, żeby wreszcie żyć w prawdzie. Dla niewiast jest to grom z jasnego nieba, zwłaszcza, że niczego się nie spodziewały i całe życie skonstruowały wokół niewiernych małżonków, wychowując ich dzieci i wyrzekając się kariery zawodowej. Bardzo zabawny, ciepły i podnoszący na duchu serial o tym, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć wszystko od nowa. Idealne tło do prasowania!

15. Santa Clarita Diet

Nie lubię filmów o zombie. Nie lubię krwi na ekranie. Nie lubię Drew Barrymore. A ten serial pochłonęłam w jedną noc. Nie wiem, na ile było to wywołane faktem, że leżałam w szpitalu i mój poziom nudy i desperacji osiągnął dość wysoki poziom, w każdym razie bawiłam się dobrze i jako sposób na, nomen omen, odmóżdżenie „Santa Clarita Diet” sprawdzi się idealnie!

16. Dynasta

Słuchajcie, ja naprawdę wiem, że paździerz, przypał i wstyd na dzielni, ale… jestem absolutnie zakochana w nowej wersji „Dynastii”, która bangla na Netfliksie. Przepraszam, to jest silniejsze ode mnie. Po prostu tam poziom abstrakcji, kiczu i odrealnienia jest tak wysoki, że od razu przypominają mi się czasy, jak z moją kuzynką Weroniką bawiłyśmy się lalkami Barbie i wymyślałyśmy kosmiczne intrygi, które na zmianę rozdzielały i zbliżały nasze lalki w ich różowej rezydencji. Jeśli więc jest w Was nieśmiertelna-magiczna-księżniczka-syrenka-ninja, nie wahajcie się ani sekundy!

Bonus: seriale, którymi wszyscy się zachwycają i wiem, że wypada je uwielbiać, ale coś mi tu nie pykło…

1. The Crown

Sama jestem zaskoczona, ale mnie znudził i poddałam się przy drugim odcinku. A szkoda, bo Ela to taka fascynująca kobieta… Może jeszcze kiedyś spróbuję.

2. Opowieść podręcznej

Nie. Nie. PO PROSTU NIE. To znaczy – ja się zgadzam, to jest absolutnie świetny serial, zrealizowany jest wybitnie i zasłużył na każde wyróżnienie, jakie otrzymał. Po prostu moje serce matki tego nie dźwiga. Jestem za słaba psychicznie na historie o odbieranych matkom dzieciach. Sorry. Aczkolwiek wszystkim, którzy nie wzruszają się na reklamie Apapu, zdecydowanie polecam.

3. 13 powodów

Do końca czekałam na jakiś zwrot akcji, coś niespodziewanego, cokolwiek, co sprawi, że zaniemówię z wrażenia. Tymczasem okazało się, że to jest po prostu bardzo poprawnie nakręcony serial dla nastolatków, poruszający trudny temat, ale z przewidywalnie poprowadzoną fabułą. Chyba jestem na to za stara…

4. Gra o tron

Nie wiem, czy mam prawo tu o tym pisać, bo tak się złożyło, że… nie widziałam jeszcze ani jednego odcinka „Gry o tron”. Podobno poza mną w tej elitarnej grupie jest jeszcze jakiś katecheta w Elblągu, dwie Niemki w zakonie Marienstern i jeden owczarek australijski pod Melbourne. Po prostu jakoś tak… nie chce mi się wierzyć, że to mi się spodoba. Ale kto wie? Może przede mną jeszcze przygoda życia…?

I tak oto dobrnęliśmy do końca listy seriali. Podczas naszego spotkania na Instagramie wspominaliście o „Billions”, „Westworld” i „Geniuszu” – pozycje te lądują więc na mojej liście rzeczy do zobaczenia. Co jeszcze wrzucilibyście do bazy seriali, których nie można przegapić? Dajcie znać!

Ściskam,

Fab