SKOCZYŁAM NA BUNGEE! CZYLI JAK TO JEST MYŚLEĆ, ŻE UMIERASZ…

25 kwietnia 2018

Fabjulusowa baza seriali – czyli pomarnujmy razem trochę czasu

11 maja 2018

Moja Babcia, oszustka

8 maja 2018

Życie z VIPem? Bycie zaczepianą w drodze do sklepu? Spontaniczne piski radości w środku parku? Pytania typu „o mój Boże, to naprawdę PANI?!”. Phi, halinki, znam to od podszewki. Tak wyglądało moje dzieciństwo.

Sytuacja była poważna, serio. Gdyby w tamtych czasach istniały smartfony, ludzie robiliby sobie z nią selfie w mięsnym. Dlaczego? Nie, moja babcia nie była piosenkarką ani nie grała w „Czterech pancernych”. Moja babcia była najsłynniejszą w regionie… nauczycielką.

A konkretnie – nauczycielką angielskiego. A musicie wiedzieć, że w latach sześćdziesiątych bycie anglistą było sporym wyczynem. Można było znać rosyjski, ewentualnie francuski, ale angielski? JĘZYK WROGA?! Toteż kiedy Huragan Teresa wbiła do Bytomia w połowie lat sześćdziesiątych, była jedną z dwóch (!) osób w mieście znających język bijących właśnie rekordy popularności Beatlesów. Mało tego – ona znała wszystkie teksty ich piosenek.

I teraz trzymajcie się krzeseł: ona UCZYŁA TYCH TEKSTÓW na lekcjach.

Wyobrażacie to sobie? Lata sześćdziesiąte, ruda gówniara w sukienkach w kwiatki (szyła je sobie z zasłon i obrusów), spisująca ze słuchu teksty piosenek (bo nie, nie było wtedy tekstowo.pl), nagrywająca ich fragmenty z list przebojów (nie, nie było też youtube’a), biegająca z magnetofonem po mieście i analizująca hity idoli młodzieży między sprawdzianem z biologii a rozprawką z polskiego.

To był szał.

Za sprawą wybitnego talentu do nauczania, ogromnej pasji, wyróżniającego się wyglądu i sporego skandalu obyczajowego, jaki wtedy wywołała (może kiedyś pozwoli mi tu o nim opowiedzieć), Huragan Teresa błyskawicznie została branżową gwiazdą numer jeden na Śląsku, a drzwi do jej domu nigdy się nie zamykały. Każdy chciał chodzić do niej na prywatne lekcje. Każdy chciał być w jej klasie. Każdy opowiadał o tym, że ją zna albo zna kogoś, kto ją zna. Kochana przez uczniów, uwielbiana przez ich rodziców, wyróżniana przez kolejnych dyrektorów.

Przez lata spod jej skrzydeł wychodzili późniejsi lekarze, naukowcy, architekci, politycy i artyści. Przez całe moje życie w jej domu widziałam listy z całego świata, prezenty zostawiane na wycieraczce i bukiety kwiatów. Zawsze ktoś ją odwiedzał. Zawsze ktoś do niej dzwonił. Ktoś pozdrawiał, ktoś inny prosił o przekazanie pozdrowień. Wszędzie miała przyjaciół i ludzi, którzy byli gotowi jej pomóc o każdej porze dnia i nocy.

I oto siedzimy sobie dzisiaj w jej kuchni, w tej samej, w której setki Ślązaków uczyło się odmieniać „to be”, po czym analizowało teksty Davida Bowiego. I moja Babcia z głębokim westchnieniem mówi do mnie tak:

– Wiesz… Idę sobie spokojnie alejką do apteki, aż tu nagle ktoś do mnie podbiega… – uśmiecham się pod nosem, bo wiadomo, normalka, ale czekam na ciąg dalszy. – „Pani psorko!” – krzyczy do mnie jakaś blondynka i mi się przedstawia, więc od razu sobie przypomniałam! Przecież to Halinka Kowalska, klasa z osiemdziesiątego piątego, byłam ich wychowawczynią. Zmieniła fryzurę, więc jej nie poznałam. Wiesz, to ta Halinka Kowalska, która założyła tę słynną klinikę okulistyczną w Brukseli, wyszła za mąż za Amerykanina, a potem osiedliła się w RPA i napisała bestseller, opowiadałam ci o niej… – opowiadała, przyznaję. Słucham dalej. – I ta Halinka mówi mi, że to wszystko dzięki mnie, że gdyby nie ja, to ona nigdy by nie złapała tej ciekawości świata, która ją stąd wypchnęła… – Huragan Teresa zawiesza głos.

– No, to super, nie? – zagajam, licząc, że ją „odwieszę”.

– Juleczko, no właśnie fatalnie! – wykrzykuje ona, aż mi pączek drży na spodeczku. – To jest kolejna taka sytuacja w tym miesiącu… – dodaje żałośnie. „W tym stuleciu” – myślę, ale nie mówię nic.

– I w czym problem? – pytam, bo nie pojmuję.

– Boże, bo ja przecież kompletnie na te wszystkie komplementy nie zasłużyłam! – odpowiada ona, a ja robię wielkie oczy. – Oni mnie wychwalają, a ja chcę zapaść się pod ziemię. Czy oni tego nie widzą, że ja wcale nie byłam taka wybitna? Jak tego słucham, to czuję się jak oszust! – dodaje, a mnie opada szczęka.

Syndrom oszusta

Wiecie, czym jest syndrom oszusta? O zjawisku tym mówimy w przypadku osób, które mają na swoim koncie ponadprzeciętne osiągnięcia, ale mimo sukcesów, wyróżnień i wyrazów uznania z zewnątrz, uważają, że nie zasłużyły na to, co osiągnęły. A to, że im się udało, to był łut szczęścia. Zbieg okoliczności. Przypadek. Fart. Ludzie z syndromem oszusta mają się za kłamców. I są przekonani, że ich „wielkie oszustwo” niebawem wyjdzie na jaw i wszyscy odkryją, że tak naprawdę nic nie potrafią i nie mają światu nic do zaoferowania.

Skąd to wiem?

Bo sama to mam.

– Kurcze, Julia, przecież to chore – powiedziała mi koleżanka, która jakiś czas temu pisała artykuł o tym zjawisku i z zaskoczeniem dowiedziała się, że doskonale wiem, o czym mówi.

– Kurcze, Babciu, przecież to chore – powiedziałam Huraganowi Teresie, nie wierząc w to, co słyszę.

– Ależ nie, ja po prostu miałam wadę wymowy, więc przez moje „r” wszyscy zwracali na mnie uwagę. A potem wydawało im się, że jestem świetnym nauczycielem, ale nie byłam! – odparła ona.

– Ale przecież tyle osiągnęłaś zawodowo i zawdzięczasz to tylko sobie! – przeraziłam się.

– Co jeszcze musiało by się stać, żebyś uwierzyła, że nie jesteś oszustem? – zapytała mnie koleżanka.

– Jak możesz tak umniejszać swój dorobek? – drążyłam znad pączka.

– Słuchaj… Nie mówię, że nie zapadłam im w pamięć… Lubili mnie, to jasne. Może wzbudzałam w nich współczucie tym, że byłam taka roztrzepana… – powiedziała, a we mnie zaczęło narastać oburzenie. – Wiesz, byłam nerwowa, impulsywna, biegałam po tej klasie, śpiewałam te piosenki, taka byłam niezorganizowana… Może gdybym przykładała się bardziej, nauczyłabym ich więcej… – ciągnęła smutno Huragan Teresa.

– Więcej?!

– No, wiesz… Teksty piosenek wszystkim zamydliły oczy, bo nikt tego wtedy nie robił. Ale prawda jest taka, Juleczko, że powinni byli wywalić mnie z tej pracy już po pierwszym roku – wypaliła z pełnym przekonaniem.

I co ja jej mogłam powiedzieć? Że to nieprawda? Że legendą za życia nie zostaje się przez przypadek? Że ma talent, przebojowość i wielkie serce, więc ludzie ją pokochali?

Nie wiem, czy wiecie, moje halinki, ale na syndrom oszusta najczęściej cierpią kobiety. Mężczyźni, kiedy odnoszą sukces, mówią, że osiągnęli go ciężką pracą, bo są najlepsi. Kobiety w tej samej sytuacji mówią, że „im się udało, bo miały sporo szczęścia”. Pomógł im życzliwy szef. Przypadkiem były w odpowiednim miejscu i czasie. Nie miały konkurencji.

I sama nie wiem, być może wkurza mnie to tak bardzo właśnie dlatego, że sama mam z tym problem. Ale chciałabym, żeby każda z Was przeczytała teraz poniższe zdanie i uwierzyła mi, że mówię to właśnie do niej.

Tak, kochana. Mówię do Ciebie.

JESTEŚ ŚWIETNA. Zrobiłaś dobrą robotę i zasłużyłaś na każdą dobrą rzecz, jaka Cię w życiu spotkała. Wiesz dlaczego? Bo jesteś mądra, zdolna i wiesz, co to ciężka praca.

I nie wiem, czy ktoś Ci to już dzisiaj mówił, ale jestem z Ciebie bardzo dumna.

 

 

Zgadzasz się? Udostępnij koleżance, z której jesteś dumna!

Buziaki, Fab