Co zrobiłaby Beyoncé? – czyli ekspresowy plan ratunkowy dla twarzy

28 lutego 2019

Napisałam książkę! „Każdego szkoda” już w sprzedaży

26 czerwca 2020

Sprawdziłam. Pierwszy raz publicznie (bo w komentarzach tu, na blogu), odgrażałam się, że ją napiszę już w 2014 roku. Potem było już tylko gorzej: pod niemal każdym kolejnym tekstem prędzej czy później padało sakramentalne, łechczące moje ego „MUSISZ NAPISAĆ KSIĄŻKĘ”, na które odpowiadałam zawsze zdecydowanym „NAPISZĘ!”.

No słuchajcie, jak mówię, że coś zrobię, to znaczy, że zrobię; nie trzeba mi przypominać co pięć lat!!!

Dlatego też siadłam i napisałam. A potem wpadłam w roczny paraliż, po szekspirowsku zwany „wydawać czy nie wydawać? Oto jest pytanie!”.

Bo wiecie… Pisanie tej książki sporo mnie kosztowało. Pisałam kolejne rozdziały, tylko po to, żeby je potem usuwać i zacząć pisać od nowa. I tak w kółko. Bo za mocne. Za słabe. Za prawdziwe. Za mało prawdziwe. Za dużo. Za mało. Za śmiesznie. Za smutno. Ale tak czasem jest, kiedy pisze się o… życiu. Nie?

Bo o czym właściwie jest ta książka?

To jedna z tych historii, których zwyczajnie nie można nie opisać.

Halina poznaje Andrzeja. Andrzej jest starszy, mądrzejszy, obyty, światowy, umie w garnitury i robi na niej niewiarygodnie wrażenie. Teoretycznie ciągnie się za nim jakaś niewyjaśniona afera sprzed lat, ale Halinka nie jest nią zainteresowana. Wie lepiej. Nurkuje na główkę, zakochuje się i konstruuje cały swój świat wokół Andrzeja. Ale szybko okazuje się, że są rzeczy, o których nie miała pojęcia. I rzeczy, których zwyczajnie nie chciała widzieć…

Część z Was powie więc pewnie, że „Każdego szkoda” to historia o przerażającym, toksycznym związku. O kłamstwach i manipulacji. O chorej miłości. O wyparciu i desperacji. O powolnym gotowaniu żaby. O koszmarze podanym na złotej tacy, okraszonym drogim szampanem i brokatem.

Ale to nieprawda.

To książka o potędze damskiej przyjaźni. O mocy Czarownic, które czasami wyciągają nas za włosy z piekła. A czasami po prostu nie mogą zrobić nic więcej, jak tylko stać obok i w kółko powtarzać „w razie czego – jestem”.

Bo to właśnie z perspektywy Czarownic obserwujemy abstrakcyjną rzeczywistość, jaką konsekwentnie buduje wokół siebie ich zakochana przyjaciółka. To z ich perspektywy próbujemy połączyć ze sobą strzępki informacji i dowiedzieć się, co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami. I w kółko analizujemy – czy można było coś rozegrać inaczej?

Stara, dlaczego zniszczyłaś swoją okładkę?

Obłędne zdjęcia, które ubrały moją książkę na obu okładkach wykonała Kasia Gajowa. Miałam więcej szczęścia niż rozumu, że trafiłam na tę Geniuszkę, przysięgam. Kasia to kobieta, która robi najpiękniejsze portrety, jakie w życiu widziałam. Nie mówię tak tylko dlatego, że dobrze wyglądam na jej zdjęciach, choć jasne, to poniekąd pomaga i cieszy. Nie, Kasia po prostu wydobywa z ludzi magię i robi zdjęcia, które same w sobie są opowieściami. Opowiedziałam więc Kasi, o czym jest ta książka. Kasia wysłała inspirację. A potem zaczęły się dziać cuda.

Później owoce pracy Kasi dostał Kamil Gajewski, grafik, którego kreatywność i klasa niezmiennie mnie zaskakują, a nie powinny, bo przecież niejeden plik w krzywych posłał przy mnie w świat… Z jegomościem tym mam bowiem przyjemność współpracować od ponad 6 lat, toteż typ dość nieźle zna mnie, mój styl, wiedział, o czym piszę i czego mi trzeba.

Kamil rzekł więc: „dobra, robimy okładkę rodem z Vogue’a. Będzie total glam, fashion, styl, gust, klasa”…

„…a potem to zniszczymy”.

„Jak: zniszczymy?”.

„Pamiętasz, co robiłaś z okładkami gazet jako dziecko?”.

„Długopis i profanacja?”

„Dokładnie. Podbite oko. Wybity ząb. Tribal na ramieniu”.

„Ośmieszenie…”.

„Tak. Bo ten glam to tylko taka ściema”.

„Bo król jest nagi?”.

„Bo król jest nagi”.

No i się dokonało:

I powiem Wam, że dawno żodyn nie zrozumiał mnie tak, jak ten duet. ŻODYN.

Gdzie kupicie ksiażkę?

Książkę w przedsprzedaży możecie kupić tu:

http://sklep.fabjulus.pl

Warianty macie trzy, choć w sumie pięć: papier, eBook w trzech formatach i zestaw papier + eBook.

Przedsprzedaż trwa do 10 lipca, natomiast 15 lipca przesyłki pójdą w świat. Do Waszych domów. I to będzie ostatni, najbardziej stresujący punkt w mojej wydawniczej podróży.

Wiele (wielu?) z Was jest tu od lat. To właśnie dla Was schowałam w środku kilka mrugnięć okiem, takich fragmentów, które tylko Wy rozpoznacie i, być może, spojrzycie na nie z innej perspektywy, niż pozostali czytelnicy.

I choć forma dłuższa niż zawsze, ten tekst to w 100% ja. Serio. Chcecie fragment? Ależ naturalnie, posiadam:

Fragment przeczytacie TUTAJ

To co, widzimy się w lipcu?